4

Nara – przewodnik po dawnej stolicy Japonii + jelenie

Nara to niewielkie miasto znajdujące się w japońskim regionie Kansai, które stanowiło pierwszą stolicę kraju (rok 710, znane wówczas jako Heijo). Niewielka odległość tego miasta od Osaki czy Kyoto sprawia, że wielu turystów jest tu „przejazdem” jak i my zrobiliśmy.

Nara w Japonii znana jest z pięknych świątyń buddyjskich i shinoistycznych, parków i wyjątkowego spokoju, jaki tu panuje. Charakterystyczne dla tego miasta są też jelenie, które zostały zaadoptowane przez człowieka. A może to one go zaakceptowały na swoich terytoriach?

miasto nara japonia

Japonia – Nara

Czytaj dalej

9

Ōkunoshima – wszystko nt. japońskiej wyspy królików

Uwielbiam króliki, dlatego tego miejsca nie mogłam ominąć podczas mojej wyprawy do Japonii. Ōkunoshima, czyli wyspa zamieszkana przez króliki, od początku była na liście miejsc do odwiedzenia. W tym artykule postaram się krótko opowiedzieć o wyspie (także jej ciemnej stronie), przekazać praktyczne informacje na temat dojazdu i pobytu na wyspie.

Wszystko co trzeba wiedzieć jadąc na japońską wyspę Ōkunoshima

Wszystko co trzeba wiedzieć jadąc na japońską wyspę Ōkunoshima

Czytaj dalej

0

Chiang Mai: wizyta w ośrodku dla tygrysów TigerKingdom

Jeśli planujecie wyjazd do Tajlandii, koniecznie zaplanujcie kilka dni w Chiang Mai na północy kraju. Jedną z zalet tego miejsca jest bliskość przyrody. Mnie zawsze najbardziej interesują zwierzęta, więc staram się wybierać miejsca, które są im najbardziej przyjazne. Tak właśnie trafiliśmy do ośrodka dla tygrysów w Chiang Mai.

Młode tygryski.

Czytaj dalej

0

Chiang Mai – perła północnej Tajlandii. Słonie.

Z tą perłą to nieco przesadziłam- chciałam nadać tytułowi nieco polotu…

Chiang Mai to pierwsze miasto, jakie odwiedziliśmy. Prosto z Bangkoku polecieliśmy tam liniami Nok Air (które bardzo polecamy swoją drogą, Programistę szczególnie zauroczyły stewardessy, mi podobał się samolot i otrzymana drożdżówka). Okazało się oczywiście, że samolot nie leci z tego lotniska, na którym byliśmy, no ale żeby to pierwszy raz takie przeoczenie… Lotnisko było 80 km dalej, co pan taksówkarz wycenił na 800 bth (~80zł).

Chiang Mai oferowało nam najwięcej aktywności, a my nie omieszkaliśmy z nich skorzystać. Przylecieliśmy tu głównie ze względu na ośrodki dla dzikich zwierząt, które w innych częściach kraju nie cieszą się dobrą opinią. Jeżeli więc nie chcecie oglądać bitych tygrysów i słoni grających w piłkę nożną – jedźcie na północ kraju.

Po pierwsze, Chiang Mai to królestwo trekkingu, ale z tego nie skorzystaliśmy, więc nie będziemy się wypowiadać (buty były za ciężkie). Pochodziliśmy za to po świątyniach, których w tym regionie jest ponad 300. Ciekawe są nie tylko budowle, ale i podejście Tajów do całej filozofii, jak i sami mnichowie, którzy mają setki sposobów na pozyskanie pieniędzy od społeczeństwa. Zupełnie jak polski rząd, tyle, że my w naszych „mnichach” nie pokładamy już nadziei.

Strażnik niemal każdej ulicy w Chiang Mai – Budda

Filozofia jest bardzo prosta- mnich żyje z tego, co dostanie od innych. Przygotowywane są więc rzeczy, których chłopcy potrzebują, a wierni mogą je kupić i wręczyć. W wiaderkach znaleźć możemy wszystko, od jedzenia, po środki czystości, przez tkaniny, na papierze toaletowym kończąc. A wiernych nie brakuje, mnisi także nie chodzą głodni. Może jest to przepis na doskonałe relacje między wiernymi a instytucją kościelną?

Dary, które można kupić dla mnicha. W wiaderkach znajdują się najpotrzebniejsze rzeczy.

Wierni w świątyni. Chiang Mai

Następnego dnia spotkaliśmy się ze słoniami w ośrodku Baan Chang Elephant Park. Szczerze uwielbiam te zwierzęta! Są niesamowite- ogromne, a jednak czuć od nich tę potulność. I wielkość jednocześnie. Łatwo zapomnieć, że jest to kilkutonowe zwierzę, które w kilka sekund złamie nam kark. Tego dnia całkowicie o tym zapomnieliśmy. Oko w oko ze słoniem stanęłam już w Indiach, 6 lat temu, ale było to zupełnie inne doświadczenie. Na jeden dzień staliśmy się uczniami Mahout i jego pomocnikami przy opiece nad słoniem.

Po kilkugodzinnym kursie i karmieniu słoni uczyliśmy się na nie wsiadać. Hola, hola- to nie jest takie łatwe! Jeździliśmy bezpośrednio na plecach, co nie tylko daje niesamowite uczucie, ale i nie męczy kręgosłupa jak ławka montowana na słoniu dla leniwych turystów (no i wygląda kretyńsko). Ciekawostką są tu też niebieskie uniformy, które każdy dostaje na wejściu. Chodzi o nic innego, jak przekonanie słonia, że codziennie wracają do niego te same (bądź posobne) osoby. Całkiem sprytne oszustwo. Słoń czuje się bezpiecznie w środowisku, które zna, dlatego tak ważna jest rola Mahou, który powinien pozostać z nim przez całe życie.

Pierwsze próby wskoczenia na słonia.

Pierwsze próby wskoczenia na słonia.

Nauczyliśmy się też kilku komend: idź, skręć w lewo i prawo, stój i usiądź, tyle, że po tajsku. Co ciekawe, słonie faktycznie reagowały a nasze komendy, bo przez przypadek skierowałam słonia w złą stronę i o mały włos nie wpadliśmy w krzaczory. Na szczęście nasz birmański przyjaciel (Mahout, widoczny na kilku zdjęciach, stojący nad nami z kijem) był obok ;)

Jeden z podopiecznych Baan Chang podczas karmienia

Baan Chang

Baan Chang.

Każdy ze słoni ma swojego opiekuna. W tej chwili wszyscy pochodzą z Birmy; Tajowie w mniejszym stopniu dbają o te zwierzęta (o czym świadczyć może ilość cyrków z udziałem słoni). Mahout (opiekun słonia) spędza z nim niemal całą dobę, bo musi do doglądać jeszcze podczas snu. Słuchanie o nawykach słoni było cudowną przygodą. Po obiedzie wsiedliśmy na nasze słoniki i poszliśmy na wycieczkę. Dużo zabawy, sporo strachu, ale i niezwykłe uczucie: to jakby siedzieć na balkonie na pierwszym piętrze, który się porusza. No i dodatkowo boli tyłek.

Baan Chang

Komendy w praktyce :) Baan Chang

Widok ze słonia.

Widok ze słonia.

 

Ostatnim elementem była wspólna kąpiel ze zwierzakami. Ośrodek Baan Chang polecamy w 100%. Świetna organizacja, sympatyczni ludzie, charyzmatyczny i oczywiście smaczne jedzenie :-)

Warto tu też wspomnieć, że takie ośrodki to już w Tajlandii ewenement. Choć kraj kojarzy się z tymi zwierzętami, to ich żywot tam nie jest łatwy. W wielu miejscach są one wykorzystywane do pracy bądź durnych rozrywek turystycznych. I nie mówię, że robiłam coś ekstremalnie dobrego wsiadając i zsiadając z tych słoni. Mam jednak poczucie, że wybrałam najlepsze miejsce do tego, aby je poznać i poczuć. Inne oblicze słoni w Tajlandii możecie zobaczyć TUTAJ. Należy więc dobrze poznać strategię ośrodka, zanim się go odwiedzi. Słonie żyją z pieniędzy turystów, ale ich opiekunowie (bądź oprawcy) także, o czym warto pamiętać.

Słonie w Baan Chang często pochodzą z miejsc, gdzie działa im się krzywda. Są tam 2 słonie, do których nie można podchodzić, bo są zbyt agresywne. Opiekunem jednego z nich jest chłopak wyglądający jak Rambo z Birmy. Mahou dobierani są do słoni pod względem charakteru i to bardzo widać. Nasz kolega był tak samo kapryśny jak jego słonica, która zawsze wybierała inną ścieżkę niż wszystkie słonie (zawsze tą nie uklepaną).

Ostatni etap – kąpiel.

 

0

Pawi park

Pawi park

W końcu coś się dzieje, chociaż próbuje.

W tym tygodniu zostaliśmy zaproszeni na prawie- polski wieczór. Okazało się, że koleżanka z pracy (Niemiecka Nambijka, albo Nambijska Niemka, do końca nie wiadomo) mieszka z Polką. Na kolacji dodatkowo był Francuz.

Bardzo przyjemni ludzie i bardzo smaczna kolacja. Programista załapał się na bigos, ja zostałam przy wegetariańskich kanapkach (wiecie, jakie genialne jest połączenie koziego sera z awokado?!). Po dużej dawce alkoholu (włączając polską wódkę), nad ranem przeszliśmy przez pół Madrytu, aby w końcu dotrzeć do łóżka, przespać kilka godzin i ponownie wsiąść do pociągu jadącego do Parku technologicznego. Praca mało efektywna, bo w głowie szum, ale po informacji, że dziś strona ruszy on-line, mocno zabrałam się  do pracy. Wszystko skończyłam, a strona nie wyszła. Kolejny raz dałam się nabrać na hiszpański pośpiech, eh.

Sobota byłą niemal upalna. Fakt,jest chłodno jak zawieje, ale słońce naprawdę piekło. Byłam jedną z nielicznych osób, bez okularów przeciwsłonecznych na nosie- w dużym stopniu jest to amerykański trend, niewątpliwie, ale słońce też daje powody do ich noszenia.

Poszliśmy do parku Rastro na obiad. Oczywiście mieliśmy go w plecaku, jeszcze ciepły- zapakowany w pudełka. Zjedliśmy, wypiliśmy drinka z termosu, nacieszyliśmy się ostatnimi promykami słońca i poszliśmy na spacer. Poszliśmy do parku z pawiami. Jak się okazało, nie było ich jak zawsze pochowanych w krzakach. Zupełnie przypadkowo znaleźliśy je.. na drzewach! Spały.

Nasze odkrycie- te wielkie ptaki latają, co wygląda bardzo przerażająco.  Nieco przerażające także było to, że zastaliśmy wszystkie bramy z parku zamknięte! Wraz z 8 innymi osobami, szukaliśmy kogoś, kto mógłby nas wypuścić. Park z pawiami znajduje się w wielkim parku Rastro, więc było co najmniej dziwne, że ktoś nas nie zauważył… W pokoju dla stróża paliło się światło, włączone były monitorki z kamer, ale nikogo nie było. Jeden z zamkniętych przeskoczył przez bramę (4, może 5 metrów, z długimi kolcami na górze) i pobiegł po pomoc. Ktoś zadzwonił po policję. Po kilku minutach przyszli pracownicy ochrony i wypuścili nas.

Wróciliśmy do domu, koniec soboty.