1

9 miejsc ze spektakularnym widokiem na Berlin.

Berlin w porównaniu z wieloma innymi metropoliami ma dość niską zabudowę. Jest kilka budynków, które próbują sięgnąć chmur, ale większość kamienic dosięga tylko czwartego piętra, dlatego panoramę miasta można podziwiać wdrapując się już na niewysokie obiekty. Dziś właśnie o nich, o takich miejscach, z których można podziwiać panoramę Berlina, miejscach, w których można poczuć ogrom tego miasta i odetchnąć. No i napić się piwa – przecież to Berlin.

Osobiście uwielbiam panoramy miast. Stojąc w wąskiej uliczce czy na ruchliwym placu nie wiemy nawet jak potężne (lub malutkie) jest dane miasto. Dodatkowo – jako steoretypowa kobieta – nie mam zupełnie orientacji w terenie. Dopiero patrząc z góry na miasto, mając jego pełen obraz, widzę gdzie rozmieszczone są poszczególne obiekty, które już odwiedziłam. Dlatego panoramę zazwyczaj zostawiam sobie na koniec, na podsumowanie. W Berlinie takich miejsc znalazłam kilka – a jak już znalazłam, to się nimi podzielę. Zapraszam na Berlin z lotu ptaka (no prawie…)!

1. Klunkerkranich

Klunkerkranich to bar znajdujący się na dachu centrum handlowego Neukölln Arkaden. Budynek znajduje się przy stacji U-bahna (U7) Rathaus Neukölln. By dostać się na szczyt z pięknym widokiem na miasto, trzeba windą w środku sklepu wjechać na najwyższe piętro, po wyjściu skierować się w lewo i wspiąć się nieco wyżej betonową drogą z ogrodem na ścianie. Restauracja i bar na dachu to jedno z najfajniejszych miejsc do podziwiania zachodu słońca w Berlinie. Do tego mają dobre piwo, kawę i przekąski. Do pewnej godziny wejście jest bezpłatne (w weekendy do 16:00), później wstęp to 3 E. W godzinach wieczornych może być problem z miejscem siedzącym, a i trzeba będzie odstać swoje w kolejce. Jak traficie na koncert, to w ogóle będziecie w niebie. A i bez tego będziecie.

Klunkerkranich restauracja i bar na dachu berlin

Widok z baru Klunkerkranich

Czytaj dalej

4

Berlin na weekend – TOP 14 sprawdzonych pomysłów

W Berlinie zawsze coś się dzieje i to dzieje się ciekawie. Niezależnie od tego, czy przyjeżdżacie tu na tydzień, miesiąc czy na rok – zawsze znajdziecie dla siebie coś interesującego, o czym nie wiedzieliście wcześniej (przynajmniej ja tak tu mam). Wydawało mi się, że temat weekendu w Berlinie jest już wyczerpany na polskojęzycznych blogach i nie warto go podejmować. Przejrzałam jednak kilka z nich i nie znalazłam tego co chciałam – miejsc, aktywności i smaków, którymi dzielę się z moimi gośćmi. Po wpisaniu w wyszukiwarkę fraz takich jak: ‚co robić na weekend w Berlinie?’, ‚Berlin na weekend’, ‚ciekawe miejsca w Berlinie’  czy ‚co polecacie w Berlinie’ zazwyczaj znajdywałam podobne listy miejsc, często te same, które znajdziemy w popularnych przewodnikach. Z perspektywy osoby, która mieszka w Berlinie znacznie dłużej niż jeden weekend, postaram się zaproponować nieco inny przewodnik po Berlinie – kilka miejsc, których mogliście dotychczas nie znać.

Gdy przyjeżdżacie do Berlina na weekend, to problemem jest raczej wybór najbardziej ciekawych atrakcji i miejsc, dlatego postaram się zebrać tu kilka miejsc, które w mojej opinii warto odwiedzić. Tak duże miasto i tylko dwa dni to naprawdę jest wyzwanie, a przecież trzeba jeszcze mieć czas na piwo.

Znajdziecie tu zarówno coś turystycznego jak i bardziej alternatywne formy poznawania miasta. Spis najważniejszych muzeów i miejsc pamięci znajdziecie w każdym przewodniu po Berlinie, więc nie będę ich kopiować, podając moje ulubione miejsca. Są to miejsca, do których chętnie chodzę i w które zabieram moich gości. Wiele z atrakcji Berlina jest za darmo, dlatego zwiedzanie stolicy Niemiec może być nie tylko bardzo przyjemne, ale i tanie (lub darmowe).

Załóżcie więc wygodne buty i jakiś kreszowy dres (tak, to jest tu teraz modne), rozwiejcie niechlujnie włosy, otwórzcie butelkę piwa i chodźcie ze mną na weekendowe zwiedzanie Berlina :) Kolejność podpunktów jest przypadkowa.

Kilka pomysłów na weekend w Berlinie

Kilka pomysłów na weekend w Berlinie

Czytaj dalej

4

Wiedeń na weekend – co robić w stolicy Austrii?

Jeśli planujesz weekend w stolicy Austrii, zastanawiasz się czy 2 dni w Wiedniu to wystarczająco, nie wiesz co robić w Wiedniu, gdzie pójść i co zjeść w Wiedniu i ile kosztuje weekend w Wiedniu to jesteś w dobrym miejscu! W tym artykule podpowiem, co robić w Wiedniu przez weekend i jakie ciekawe miejsca odwiedzić by polubić Wiedeń. 

W Wiedniu byłam już kiedyś, podczas mojego Erasmusa na Węgrzech. Pojechałyśmy tam z koleżanką na stopa, zahaczając następnie o Bratysławę. Tym razem pojawiła się okazja pojechania do Wiednia na weekend, więc z programistą kupiliśmy bilety na autobus z Berlina do Wiednia i 9,5 godziny znaleźliśmy się w stolicy Austrii. Wybraliśmy przejazd autobusem ze względu na cenę (59 euro w obie strony) i możliwość przejechania tej trasy w nocy. Wyposażeni w poduszki, koc i nieco umiejętności dostosowania się do kształtu siedzenia – przespaliśmy noc i w sobotę o 7 rano byliśmy już na miejscu.

wiedeń pomysły na weekend

Wiedeń 2015

Czytaj dalej

2

Porto najlepiej smakuje w Porto

Ustawa nakazująca pracodawcy „oddanie” dnia wolnego wypadającego w sobotę została przez nas wykorzystane na podróż do kolejnego, nieodkrytego jeszcze miasta. Bilety do Porto zabukowaliśmy stosunkowo wcześnie, bo te weekendowe potrafią być dwa razy droższe niż loty w tygodniu roboczym.

weekend w Porto w Portugali

Port w Porto

Portugalię lubię chyba najbardziej z Europejskich krajów, które miałam okazję odwiedzić. Byłam już w Lizbonie i w turystycznych miejscowościach regionu Algarve, teraz przyszła kolej na Porto. Bo gdzie inaczej rozkoszować się słodyczą wina jak nie u źródła? :)

Cały wypad wraz z podróżą trwał 3 dni, niby krótko, ale wystarczająco by zaciągnąć się stęchlizną z piwniczek z winem, zjeść pieczone kasztany i sardynki z grilla i rozkoszować się portugalskim espresso ze słodkim ciastkiem nata.

Podczas szybkiego poznawania miasta skorzystaliśmy z porad Kaliny, autorki bloga kulinarnego freshgroundpepperblog, która przebywa w tych okolicach nieco dłużej. Sami nigdy nie weszlibyśmy do piwniczki dużej marki Porto na degustację i spacer w piwnicy pełnej beczek z winem, a zdecydowanie warto było (koszt tej przyjemności to 5E). Także polecam Taylor’s. Teraz już wiemy, że Porto najlepiej smakuje z serem gorgonzola, gorzką czekoladą i z bakaliami. po powrocie odkryłam, że równie idealnym połączeniem są te 3 smaki z nalewką mojej mamy. A może i lepsze niż z Porto…

Piwnica Taylor's w Porto

Piwnica Taylor’s w Porto

Degustacja Porto w Porto

Degustacja Porto w Porto

Choć pogoda nie dopisała i przez większość czasu było wietrznie i mroźnie (a czasami nawet deszczowo), jeden dzień udało się spędzić nad Oceanem. Można tam dojechać autobusem podmiejskim za kilka euro, a następnie udać się na długi spacer wzdłuż brzegu, patrząc nie tylko na fale szalenie obijające się o skały, ale także na tubylców, dawnym zwyczajem grających w karty na kamiennych stołach.

plaża w Porto

Ocean w Porto

Plaża w porto

Ocean w Porto

Gra w karty nad oceanem

Gra w karty nad oceanem

Nie będę zbyt wiele pisać, bo poniższy film pokazuje chyba wszystko, co mogło się wydarzyć podczas 2 pełnych dni w nowym mieście. Nie omieszkam jeszcze tylko polecić jednego z lepszych hosteli w jakim miałam okazję nocować- Tattva Design- smaczne śniadania, hostelowy styl, zasłony przy łóżkach, podwójne łazienki w pokojach, itp.

0

Paryż na rowerze – kilka porad na zwiedzanie stolicy Francji.

3 dni wolnego w sierpniu spędziliśmy w Paryżu. Bilety kupiliśmy kilka miesięcy wcześniej, by mieć pewność choćby krótkich wakacji bez konieczności brania urlopu (którego i tak już nie mam). W Paryżu byłam nie raz, dlatego chciałam tam zabrać Programistę. No i przecież każdy w Paryżu być powinien choćby raz: by zobaczyć, by posmakować, by poczuć.

Wynajęliśmy super-małą kawalerkę, bo wyszła taniej niż 2 łóżka w wieloosobowym pokoju hostelowym. Pierwszy raz korzystaliśmy  z takiej formy nocowania i z pewnością będziemy do niej wracać. Mini-kawalerka wyglądała jak łajba, co przekonało nas do wyboru właśnie tego miejsca. I było warto, choć ciasno.

Croissanty, sery i owoce z  Dia na śniadaniu na pokładzie w Paryżu.

Croissanty, sery i owoce z Dia na śniadaniu na pokładzie w Paryżu.

Miasto zwiedzaliśmy pieszo i na rowerze. Po pierwsze cena (transport miejski jest tu dość drogi), po drugie bliskość obiektów i możliwość poznania mniej turystycznych uliczek. Wynajem roweru miejskiego to koszt 2E/dobę, co równa się cenie biletu jednorazowego na metro. Jeżeli nie przekroczymy 20 minut jazdy, nie ponosimy dodatkowych kosztów (jak najbardziej wykonalne, choć przed wyjazdem poszukałabym jakiejś appki z lokalizacją stacji, by nie tracić czasu na ich szukanie). Biorąc rowerek, usługodawca zablokuje na naszej karcie 150E, które będą znowu dostępne po kilku dniach. Rower w Paryżu to niewątpliwie nasz ulubiony środek transportu.

wynajem roweru w paryżu

Rower miejski w Paryżu.

Czasu nie było dużo, więc zwiedzaliśmy bardzo intensywnie. Chcąc zasmakować nieco kultury, wybraliśmy się do muzeum d’Orsay; z burczącym brzuchem kierowaliśmy się do Dzielnicy Łacińskiej (naleśniki na przeciwko fontanny św. Marcina smakują obłędnie); relaksu zażywaliśmy w każdym ładnym parku, ale nic nie dorówna trawnikom na moim ukochanym Montmarte; obowiązkowe foto i wino pod wieżą itp. Najlepszy szlak turystyczny wyznacza rzeka, bo to w okół niej dzieje się najwięcej i najpiękniej.

Muzeum Louvre.

Muzeum Louvre.

Blaszak, którego nie można ominąć.

Blaszak, którego nie można ominąć. I wino.

I w innym miejscu też wino.

I w innym miejscu też wino.

Sztuka uliczna na Montmarte.

Sztuka uliczna na Montmarte.

Pieszo, wzdłuż rzeki.

Pieszo, wzdłuż rzeki.

Paryż to miasto bardzo drogie dla podróżników (chcąc być całkowicie niezależnym nie korzystaliśmy z couchsurfing’ów), ale warte odwiedzenia, jedyne w swoim rodzaju.

0

Nieco służbowa wizyta w Madrycie

Choć Madryt uważam za jedno z ulubionych miejsc (a z pewnością najlepsze do życia, jakie do tej pory przetestowałam), dawno tutaj nie byłam. Jakiś czas temu nadarzyła się okazja, więc tradycyjnie – skorzystałam. Polecieliśmy z Programistą na niecałe 4 dni, z czego 3 spędziliśmy w biurze. Ostatni- piątek, 1 listopada- na szczęście był wolny zarówno w Polsce jak i Hiszpanii. Choć o 19 mieliśmy samolot powrotny, mogliśmy kilka godzin pokręcić się po Sol’u i okolicach. Nie zapomnieliśmy też o winie i tapasach. Uwielbiam!

Pustynny Madryt.

Od razu z lotniska polecieliśmy do biura- bliżej i nie trzeba wydawać na bilety do centrum. Te są droższe niż ostatnio. Przejazd z pracy do centrum to wydatek 1,75E. Po pracy do hostelu. I tak 2 kolejne dni. Wieczory spędzaliśmy w pubach i kafejkach, czyli to co się robi w Madrycie najprzyjemniej.

Ulica Chueca w Madrycie.

Krewetkowy szaszłyk.

Pierwsze wyjście z walizką na plac Sol przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Kilka budynków, niedźwiedź wspinający się na drzewo i szklana fala będąca wejściem do metra. Niby nic, a jednak jest to centralne miejsce w mieście, które do reszty mną zawładnęło. Uwielbiam Madryt, polecam do życia i co najlepsze – nadarzyła się kolejna szansa na zakotwiczenie się tam. A jednocześnie pojawiły się wątpliwości.

Ostatnie spojrzenie na niebo i ostatni łyk wina. Lotnisko w Madrycie.

0

Nasza krótka, rzymska przygoda.

Bilety w Ryanerze kupiliśmy już jakiś czas temu, korzystając z promocji wygrzebanej przez jedną ze stron filtrującą tanie loty. Poświęcając 5 minut na „doszukanie” znaleźliśmy jeszcze korzystniejszą ofertę.

Do Rzymu polecieliśmy na czas zdecydowanie za krótki (3 noce), to pozwoliło to na zobaczenie „punktów obowiązkowych” i pobłądzenie między uliczkami, o których nie napisano w przewodniku. Nie przypadkiem użyłam słowa „zobaczenie” ponieważ zazwyczaj nie wchodziliśmy do środka- kolejki turystów działają na nas paraliżująco. Co zatem zobaczyliśmy? Plac św. Piotra w Watykanie (wygląda dość teatralnie i robi niesamowite wrażenie) i Koloseum. Do Panteonu wróciliśmy dzień później, bo za pierwszym razem zamknięto go przed naszymi nosami. Weszliśmy także do kilku kościołów- samych nas to dziwiło. Kościoły i bazyliki w Rzymie są naprawdę godne zwiedzenia, choć zazwyczaj nie robią wrażenia z zewnątrz. Najlepszym przykładem jest tu Bazylika San Clemente, czyli coś, czego nie można w Rzymie ominąć. Niepozornie wyglądający budynek kryje w sobie 4 poziomy, każdy budowany w innym okresie historycznym. Niemalże brak turystów, charakterystyczny zapach zawilgoconej piwnicy i dźwięk strumienia płynącego pod bazyliką sprawiają, że można się na chwilę przenieść w czasie. Nasza radość była tym większa, że mimo uprawnień udało nam się zakupić bilet ulgowy (3,5E).

Watykan w oczekiwaniu na burzę.

Widok z Ołtarza Ojczyzny (Grób Nieznanego Żołnierza)

Niewiele dobrego można powiedzieć o tak osławionych Schodach hiszpańskich i Fontannie di Trevi. Mnóstwo turystów, wszechobecni hinduscy sprzedawcy, nie ma gdzie wcisnąć przysłowiowej szpilki. Poszliśmy, zobaczyliśmy i odeszliśmy zniesmaczeni.

Ogrom turystów zalewający fontannę di Trevi.

Całe centrum Rzymu przeszliśmy na pieszo. Choć zmęczenie było bardzo odczuwalne, jest to najlepszy sposób poznawania tego miasta. Mapa często służyła nam do wyjaśnienia czym dany (przypadkowo znaleziony) obiekt jest. A w Rzymie można na takie ciekawostki trafić na każdej niemal ulicy.

Włochy to oczywiście jedzenie. Choć Programista bardzo chciał, nie mogliśmy się najeść na zapas, a przecież 3 dni pozwalają na ograniczoną ilość posiłków, których mogliśmy spróbować. Jadaliśmy głównie na Trastevere (które w nocy stawało się bardzo klimatyczne), ale wchodzenie do lokalnie wyglądających knajp, czy śledzenie robotników idących na lunch jak zawsze okazało się strzałem w dziesiątkę, niezależnie od lokalizacji. Naszym głównym posiłkiem w tych dniach była oczywiście pizza na wszystkie sposoby. Oczywiście zawsze w towarzystwie wina, a te pochodziło z półek o różnej wysokości. Wszystko było pyszne.

Wino i oliwki z widokiem na Watykan.

Śniadanie (bagietka, oliwki, pesto, sery) na murku. Obowiązkowo z winem.

Rzym nie jest jednak miastem idealnym i zapewne szybko do niego nie wrócimy. Powód? Oczywiście ceny. Rzym jest cholernie drogim miastem. Z mojego doświadczenia, porównać je mogę chyba tylko z Paryżem, choć tam za tę cenę można oczekiwać usług o wysokim standardzie. W Rzymie rządzi bród i obojętność, co jest dość nieprzyjemne zważając na fakt pieniędzy zostawianych przez turystów na każdym kroku. Tak drogiego hostelu nie mieliśmy jeszcze nigdzie. Nie mieliśmy też tak kiepskiego. A mówimy tu o pokoju 6-osobowym poza miastem. Dramat.

Tym pozytywnym akcentem chciałabym powrócić do pisania niniejszego bloga. W najbliższym czasie szykują się kolejne podboje… :-)