0

Czy Hiszpania przypomina ci Włochy?

W Hiszpanii spędziłam nieco więcej czasu niż we Włoszech (jakieś 14 miesięcy więcej), a z Włoskich stron odwiedziłam tylko Sardynię i Rzym, to pokuszę się o małe porównanie, bo nie trudno go zauważyć. By nie popaść tu w pewną przesadę, porównując 2 kraje znane mi w różnym stopniu, wezmę pod lupę obie stolicę.

W czym Madryt podobny jest do Rzymu, a w czym Rzym różni się od Madrytu?

Bezdyskusyjne jest to, że w obu miastach mieszkają południowcy: otwarci i przyjaźni ludzie. Oba miasta są też stolicami borykającymi się z kryzysem. To jednak można wywnioskować nawet bez empirycznego poznania.

1. Bary, kawa i poranne słodkości.

Zarówno w Madrycie jak i Rzymie elementem obowiązkowym każdej ulicy jest bar, a w nim dość tania i smaczna kawa. Autochtony najbardziej lubią ją rano, a na śniadanie chętnie zjedzą coś małego i słodkiego (odpowiednik naszej drożdżówki, często bazujący na cieście francuskim). Kawę najlepiej wypić przy barze, nie tylko po to by porozmawiać z właścicielem i innymi klientami, ale także by nie zapłacić opłaty serwisowej (~1Euro od każdej serwowanej rzeczy). W obu miejscach espresso jest równie dobre.

A jaka jest tu różnica? W Madrycie wszystko co jest klientowi zbędne- ląduje pod barem (rachunki, obierki, skorupki), przez co włoskie bary wydają się na pierwszy rzut oka czystsze. Wystarczy jednak odwiedzić toaletę by wiedzieć, że jest zupełnie przeciwnie…

2. Emigranci.

Nie brakuje ich w obu stolicach. Hindusi, Azjaci i Czarnoskórzy sprzedawcy nęcą nas różnorakimi podróbkami na każdym kroku. W Rzymie nie uświadczyłam typowych look-look menów (prześcieradło z 2 sznurkami, ułatwiającymi szybkie zwinięcie nielegalnego interesu), którzy królowali  na ulicach stolicy Hiszpanii. W Rzymie Azjaci prowadzili także bary, czego w Madrycie raczej nie spotkałam (tam prowadzili oni sklepy z odzieżą i małe spożywczaki). Niezależnie od zajęcia, mieszanka kulturowa w obu miejscach jest bardzo duża.

3. Ceny

Rzym jest zdecydowanie droższy niż Madryt. O ile komunikacja miejska i kawa w barze wiążą się z podobnym kosztem, o tyle np. cena noclegu jest już zdecydowanie wyższa w Romie. Za cenę 2 łóżek w pokoju 6-osobowym z łazienką, wątpliwej klasy hostelu (brak ręczników i suszarki, pleśń wszędzie gdzie tylko można) ok. 25 minut drogi od centrum kosztuje więcej niż dwójka w hostelu o nieco wyższym standardzie, w centrum miasta (okolice Plaza Mayor). Ale ok bardzo niskim standardzie włoskich hoteli ostrzegał mniej już wcześniej zarówno Włoch jak i nie-Włoch, więc nie szczególnie mnie to zdziwiło.

Menu dnia (2 dania, deser i kawa) to w Madrycie koszt 7-12 E, w Rzymie zaczynały się od 10E i szybko leciały w górę. W Madrycie w tym zestawie zawsze było wino, w Romie b. rzadko.

4. Czystość.

Brak śmietników na ulicach i publicznych toalet to zgroza obu tych miast. Nie wyrzucam śmieci na chodnik, więc takie rzeczy łatwo mi zauważyć- w papierkiem w dłoni można przejść kilka ulic- śmietnika brak. Brak toalet objawia się nieprzyjemnym zapachem w mniejszych i większych zaułkach. Tego bardzo nie lubię.

0

Nasza krótka, rzymska przygoda.

Bilety w Ryanerze kupiliśmy już jakiś czas temu, korzystając z promocji wygrzebanej przez jedną ze stron filtrującą tanie loty. Poświęcając 5 minut na „doszukanie” znaleźliśmy jeszcze korzystniejszą ofertę.

Do Rzymu polecieliśmy na czas zdecydowanie za krótki (3 noce), to pozwoliło to na zobaczenie „punktów obowiązkowych” i pobłądzenie między uliczkami, o których nie napisano w przewodniku. Nie przypadkiem użyłam słowa „zobaczenie” ponieważ zazwyczaj nie wchodziliśmy do środka- kolejki turystów działają na nas paraliżująco. Co zatem zobaczyliśmy? Plac św. Piotra w Watykanie (wygląda dość teatralnie i robi niesamowite wrażenie) i Koloseum. Do Panteonu wróciliśmy dzień później, bo za pierwszym razem zamknięto go przed naszymi nosami. Weszliśmy także do kilku kościołów- samych nas to dziwiło. Kościoły i bazyliki w Rzymie są naprawdę godne zwiedzenia, choć zazwyczaj nie robią wrażenia z zewnątrz. Najlepszym przykładem jest tu Bazylika San Clemente, czyli coś, czego nie można w Rzymie ominąć. Niepozornie wyglądający budynek kryje w sobie 4 poziomy, każdy budowany w innym okresie historycznym. Niemalże brak turystów, charakterystyczny zapach zawilgoconej piwnicy i dźwięk strumienia płynącego pod bazyliką sprawiają, że można się na chwilę przenieść w czasie. Nasza radość była tym większa, że mimo uprawnień udało nam się zakupić bilet ulgowy (3,5E).

Watykan w oczekiwaniu na burzę.

Widok z Ołtarza Ojczyzny (Grób Nieznanego Żołnierza)

Niewiele dobrego można powiedzieć o tak osławionych Schodach hiszpańskich i Fontannie di Trevi. Mnóstwo turystów, wszechobecni hinduscy sprzedawcy, nie ma gdzie wcisnąć przysłowiowej szpilki. Poszliśmy, zobaczyliśmy i odeszliśmy zniesmaczeni.

Ogrom turystów zalewający fontannę di Trevi.

Całe centrum Rzymu przeszliśmy na pieszo. Choć zmęczenie było bardzo odczuwalne, jest to najlepszy sposób poznawania tego miasta. Mapa często służyła nam do wyjaśnienia czym dany (przypadkowo znaleziony) obiekt jest. A w Rzymie można na takie ciekawostki trafić na każdej niemal ulicy.

Włochy to oczywiście jedzenie. Choć Programista bardzo chciał, nie mogliśmy się najeść na zapas, a przecież 3 dni pozwalają na ograniczoną ilość posiłków, których mogliśmy spróbować. Jadaliśmy głównie na Trastevere (które w nocy stawało się bardzo klimatyczne), ale wchodzenie do lokalnie wyglądających knajp, czy śledzenie robotników idących na lunch jak zawsze okazało się strzałem w dziesiątkę, niezależnie od lokalizacji. Naszym głównym posiłkiem w tych dniach była oczywiście pizza na wszystkie sposoby. Oczywiście zawsze w towarzystwie wina, a te pochodziło z półek o różnej wysokości. Wszystko było pyszne.

Wino i oliwki z widokiem na Watykan.

Śniadanie (bagietka, oliwki, pesto, sery) na murku. Obowiązkowo z winem.

Rzym nie jest jednak miastem idealnym i zapewne szybko do niego nie wrócimy. Powód? Oczywiście ceny. Rzym jest cholernie drogim miastem. Z mojego doświadczenia, porównać je mogę chyba tylko z Paryżem, choć tam za tę cenę można oczekiwać usług o wysokim standardzie. W Rzymie rządzi bród i obojętność, co jest dość nieprzyjemne zważając na fakt pieniędzy zostawianych przez turystów na każdym kroku. Tak drogiego hostelu nie mieliśmy jeszcze nigdzie. Nie mieliśmy też tak kiepskiego. A mówimy tu o pokoju 6-osobowym poza miastem. Dramat.

Tym pozytywnym akcentem chciałabym powrócić do pisania niniejszego bloga. W najbliższym czasie szykują się kolejne podboje… :-)