8

10 rzeczy, które trzeba zrobić w Maroku.

Jeśli planujecie swoje wakacje w Maroku, lub zastanawiacie się, czy w ogóle warto jechać do Maroka, to ten artykuł jest dla was. Proponuję tu kilka rzeczy, które warto zrobić na wakacjach w Maroku, by lepiej poznać ten piękny kraj, spędzić czas z Marokańczykami i zrobić coś innego, niż reszta turystów na wakacjach „all inclusive”. Odpowiem tu o wynajmowaniu samochodu w Maroku, o najciekawszych aktywnościach w Marakeszu i innych miastach, o kursie gotowania, o zjawiskowych miejscach Maroka i o jedzeniu, które w Maroku smakowało mi najbardziej. Mam nadzieję, że ten artykuł pozwoli Wam nieco lepiej odkryć tę część Afryki, a jeśli jeszcze nie jesteście przekonani, czy warto jechać do Maroka – że pomogę wam podjąć dobrą decyzję, bo Maroko to świetny cel podróży.

Przed wyjazdem do Maroka sama przeglądałam artykuły z cyklu „rzeczy, które musisz zrobić w Maroku„. W większości proponowane atrakcje całkowicie się pokrywały, a często były dość nudne lub nie pasujące do naszego stylu podróżowania. Trafiałam na propozycję przejażdżek na wielbłądach, wizyt w centrach handlowych i innych pospolitych rzeczy, które czekają na turystów w Maroku. Zdarzały się też takie, które bardzo pomogły mi zaplanować tygodniową wyprawę do tego kraju, dlatego postanowiłam stworzyć mój własny TOP 10 rzeczy, które warto zobaczyć, spróbować i doświadczyć w Maroku.

1. Wyjedź poza kurort

Maroko 2015 plaża

Dzika plaża w Mirleft.

Czytaj dalej

0

Różowe miasto Jaipur

Wstaliśmy bardzo wcześniej, dopakowaliśmy plecaki i dziarskim krokiem wyszliśmy z pokoju praskiego hostelu. Sprawdź datę na biletach- zasugerował Programista. No i oczywiście okazało się, że lot jest kolejnego dnia. Niezauważeni wróciliśmy do pokoju i kontynuowaliśmy spanie. Polecieliśmy dzień później.

 Lot Praga-Mumbai przerwany był przystankiem w Istambule. Kilka godzin włóczyliśmy się po niewielkim lotnisku i konwertowaliśmy krzesła na leżanki. na całej trasie Air Turkey nie popisało się zdolnościami kulinarnymi, jedzenie było gorzej niż średnie. Na domiar złego, w obu samolotach dostałam dokładnie to samo danie (wegetarianie mają ciężko). Oferta filmowa na pokładzie nie była świeża a i kiepskie słuchawki nie ułatwiały oglądania. To tyle z narzekania na tureckiego przewoźnika. Fajnie, ze doleciał.
Lądowanie w Bombaju to jeszcze nie był koniec podróży w tym dniu. Zmieniliśmy lotnisko i po kilku godzinach oglądania deszczowego miasta przez szybę- wylecieliśmy do Jaipur. Miasto jest ogromne i przeludnione (ponad 3 miliony mieszkańców!), ale warte odwiedzenia. Różowe miasto (wizytówka Jaipur) wygląda dość egzotycznie i symbolizuje szacunek oddawany ważnym osobistością, które odwiedzały miasto. Nie warto się tam jednak zatrzymywać na dłużej, ponieważ są tam znacznie wyższe podatki niż w całym Jaipur, co znacznie podnosi ceny usług i produktów.

Poza tym był jeszcze Fort i wiele świątyni. Całość zwiedzaliśmy z firmą taksówkarską Janu, który zasługuje na dużą uwagę. Facet sympatyczny i stworzony do tej roboty i niezwykle motywujący w swej prostocie. Jeżeli kiedyś będziecie odwiedzać Jaipur- warto skorzystać z jego usług. Podobną rekomendację możemy wystawić hotelikowi, w którym spaliśmy. W kuchni na dachu także łatwo się zauroczyć i rozsmakować.
Na dachu Moon Light Palace w Jaipur

Na dachu Moon Light Palace w Jaipur

Tu też spotkaliśmy słonie. Podobne doświadczenie mamy z Tajlandii, gdzie pierwszy raz uczyliśmy się słuchać i mówić do tych ogromnych zwierząt. Tych kreatur trudno jest nie uwielbiać, a z pewnością- każdy poczuje do nich respekt. Poza karmieniem i jeżdżeniem na słoniu, mieliśmy także okazję umyć go szlaufem i pomalować naturalnymi barwnikami. Całość zakończyła się kolacją w domu właściciela farmy słoni.

PS. Dotykanie brzucha słonicy w ciąży (9. miesiąc) i czucie kopniaków małego słonika- bezcenne!!!

Farma słoni w Jaipur

Zapoznawanie się ze słoniem

IMG_5793

Kawałek obrządku- element całkowicie zbędny.

IMG_5863

Mycie połączone z pojeniem.

IMG_5718

Wchodzenie po trąbie i próby zajęcia miejsca.

IMG_5771

Efekt malowania.

Tak więc, zainteresowanym polecamy Elefantastic. Całe miasto też. Jak rzadko, zwiedzanie zabytków i świątyń sprawiało mi frajdę, choć oczywiście jest tego za dużo i trzeba wybrać kilka najciekawszych, które nie zawsze są tymi najbardziej znanymi. I na koniec krótki film z karmienia:

Amer Fort

Amber Fort

IMG_5908

I kozy w Amber Fort.

IMG_5948

Wakacyjne znajomości.

IMG_6044

Świątynie Jaipur.

Tyle z Jaipur’u, skąd nocny pociąg zawiózł nas do Agry, ale to już w następnym odcinku.

0

Sevilla- magiczna feria de abril

Sevilla- magiczna feria de abril

Po długiej przerwie (związanej głównie z uczelnią) wracam do opisywania wakacji, choć sporo czasu już minęło, zdążyliśmy też wyjechać na 2 wakacje, ale o tym w kolejnym wpisie.

Z Granady wyjechaliśmy, gdy skończyła się piękna pogoda. W strumieniach deszczu, pociągiem pojechaliśmy do Sevilli (pociągi są tu rewelacyjne!). Był to akurat okres feria de abril – święto flamenco.

Sevilla 2012

Mimo, że jest to nadal Andaluzja, czuć, że nie jest się w Granadzie – brak tu tapasów! Nie są one ani tak duże, ani tak tanie. Aczkolwiek architektura, fantazyjny układ uliczek czy drzewka cytrusowe informują nas, że jesteśmy niedaleko. Ceny w tym okresie są 2 razy wyższe niż w innej części roku, ale bardzo nam zależało na zobaczeniu fenomenu tego święta – i było na co patrzeć!

Kobiety w tradycyjnych sukniach z Sewilli. Feria de Abril 2012

Na świętowanie wyznaczone jest miejsce daleko od centrum, gdyż namioty, w których wszystko się odbywa, stoją tam cały rok. Niemniej jednak, kobiety w przepięknych, tradycyjnych sukienkach spotkać można było wszędzie, przejażdżki konne także były bardzo popularne.

Mimo nieustającego deszczu poszliśmy w miejsce, gdzie odbywało się całe świętowanie – coś niesamowitego! Całe miasteczko pięknych namiotów – gdzie każdy był inny od pozostałych- a z wnętrza każdego wydobywała się muzyka. Wstęp do większości z nich był zabroniony, o co troszczyli się stojący przed wejściem ochroniarze. Niemniej jednak, przez otwarte „drzwi” namiotu, można było zobaczyć, co dzieje się w środku. Rozgrywały się tam przedstawienia – istny teatr. Całe rodziny tańczyły, tyrmicznie tupiąc i klaskając w dłonie, po czym było słychać donośny okrzyk „ola!„.

Feria de Abril 2012

Na kilkaset znajdujących się tam namiotów (należały one do rodzin, stowarzyszeń, partii poliotycznych itp.) było kilka „namiotów publicznych”, gdzie mógł wejść każdy. Były one większe od namiotów prywatnych, ale generalnie polegały na tym samym – tańczeniu i piciu wina i rebujito (lokalny alkohol jabłkowy ze spritem i lodem- bardzo dobre!).

Tutaj można się lepiej przyjrzeć tańczącym. Nie są to przypadkowe ruchy- nawet, gdy obok siebie tańczyło kilka par, które się nie znały – ich ruchy były płynne, niemal identyczne, jakby tańczyli zespołowo. Tutejsza odmiana flamenco – bardziej płynna i rytmiczna – nazywana jest sevillaną. Coś całkowicie unikalnego.

Feria de Abril 2012, Prywatna caseta

Feria de Abril 2012, prywatna caseta

Na wymianach młodzieżowych mieliśmy okazję poznać hiszpanów – właśnie z Sevilli. Znajomy naszych znajomych posiadał namiot, więc mieliśmy przyjemność wejść do jednego z prywatnych miejsc (są one nazywane casetami). Tam dowiedzieliśmy się, że posiadanie takiej casety to ogromny prestiż, a jednocześnie duży koszt – cały rok trzeba opłacać miejsce, z którego korzysta się kilka dni w roku w celach picia i tańczenia w nim. Niemniej jednak, zabawa była rewelacyjna :)

Nie wiem czy jest to miejsce, do którego należałoby wracać co rok, ale być tam i widzieć to. Ty bardziej, że andaluzja i Andaluzyjczycy są specyficzni – wyjątkowi na swój sposób. Wsyscy tam tańczą i tańczą rewelacyjnie, jedzą, piją i rozmawiają. I tak każdego dnia :)

0

Ibiza

Po baardzo długim czasie, należy choć przez chwilkę powspominać Ibizę. Jedno z najładniejszych miejsc, w jakim byłam. o ile nie najładniejsze.

Nie wiem jak wyspa wygląda w czasie sezonu, ale chwilę po jego zakończeniu jest bardzo przyjemna i znacznie tańsza. Większość imprezowni zamknięto z końcem września. A jest to bardzo ważny temat na Ibizie. Największe kluby reklamują się wszędzie w w rozmaity sposób. Po raz pierwszy spotkałam się ze firmowymi sklepami, sprzedającego rozmaite produkty, wszystkie sygnowane logiem klubu nocnego bądź dyskoteki. Musi to być ogromny biznes i duża wartość ekonomiczna wyspy.

Ludzi na ulicach jest niewiele, wieczorami lokale, których jeszcze nie zamknięto też nie pękają w szwach.

To co jest bardzo charakterystyczne- wyspa jest zanglizowana, mało kto mówi po hiszpańsku! Młodzi imprezowicze z UK opanowali tutejsze miasta, co jest znacznym minusem- w ogóle nie czuje się tu Hiszpanii. A na sklepowych pułkach najdroższe są międzynarodowe trunki, które muszą się dobrze sprzedawać wśród angielskich turystów. Także restauracje serwują angielskie śniadania i angielskie piwo, na każdym rogu jest Irish Pub, etc.

Nie brakuje też niemców. Ale Ci reprezentowani są głównie przez starszych obywateli, albo rodziny z dziećmi. Niezależnie od tego, wszyscy okupują plaże cały dzień i uwielbiają opalać się toples. Piękne, polskie kobiety podbudowałyby się widząc te wiszące, nagie niemieckie i hiszpańskie cyckozwały. Mało smaczny widok.

Hotel mieliśmy genialny. Duży pokój z balkonem i smaczne śniadanie w formie bufetu. I to wszystko za 20E za parę. Hotel Florencia w Sant Antonio- bardzo polecam.

I co tu więcej dodawać- pięknie, pięknie, pięknie! Ciepła woda, niebywałe widoki.

i tak spędziliśmy 4 dni. Jeden dzień padało, więc wchodzenie do wody nie było wskazane, ale resztę dni spędziliśmy mocząc tyłki w słonej wodzie. Pierwszy dzień, zafundowaliśmy sobie bardzo długą, pieszą wycieczkę po skałach wzdłuż wybrzeża. Genialna wyprawa! Była bardzo spontaniczna, więc nie do końca się na nią przygotowaliśmy- po wyprawie, nasze japonki nadawały się do wyrzucenia- straciły podeszwy :)

Lot powrotny do Madrytu mieliśmy późnym wieczorem, z Eivissy. po śniadaniu pojechaliśmy tam autobusem. Z bagażami przeszliśmy całą plażę. Ja kurowałam się zimnym piwkiem, Programista ciepłym absyntem (w Katalonii jest legalny). Jako, że samoloty latały nam co raz niżej nad głową, postanowiliśmy oszczędzić 8E z biletów na autobus i dojść pieszo na lotnisko. Szliśmy, szliśmy, szliśmy… Aż się ściemniło. Na szczęście Programista miał latarkę, przydała się, bo szliśmy drogą szybkiego ruchu.

Trochę strachu, nieco zmęczenia, ale dotarliśmy. Był jeszcze czas na opróżnienie bagażu ze zbędnych puszek i butelek, ubranie na siebie wszystkiego, co nie mieściło się w bagażu i siedzimy w samolocie. Cały lot przespałam. Nieprzytomni wpakowaliśmy się do metra. Jest 2 w nocy, a rano do pracy…

Pozdrawiamy!