0

Nasza krótka, rzymska przygoda.

Bilety w Ryanerze kupiliśmy już jakiś czas temu, korzystając z promocji wygrzebanej przez jedną ze stron filtrującą tanie loty. Poświęcając 5 minut na „doszukanie” znaleźliśmy jeszcze korzystniejszą ofertę.

Do Rzymu polecieliśmy na czas zdecydowanie za krótki (3 noce), to pozwoliło to na zobaczenie „punktów obowiązkowych” i pobłądzenie między uliczkami, o których nie napisano w przewodniku. Nie przypadkiem użyłam słowa „zobaczenie” ponieważ zazwyczaj nie wchodziliśmy do środka- kolejki turystów działają na nas paraliżująco. Co zatem zobaczyliśmy? Plac św. Piotra w Watykanie (wygląda dość teatralnie i robi niesamowite wrażenie) i Koloseum. Do Panteonu wróciliśmy dzień później, bo za pierwszym razem zamknięto go przed naszymi nosami. Weszliśmy także do kilku kościołów- samych nas to dziwiło. Kościoły i bazyliki w Rzymie są naprawdę godne zwiedzenia, choć zazwyczaj nie robią wrażenia z zewnątrz. Najlepszym przykładem jest tu Bazylika San Clemente, czyli coś, czego nie można w Rzymie ominąć. Niepozornie wyglądający budynek kryje w sobie 4 poziomy, każdy budowany w innym okresie historycznym. Niemalże brak turystów, charakterystyczny zapach zawilgoconej piwnicy i dźwięk strumienia płynącego pod bazyliką sprawiają, że można się na chwilę przenieść w czasie. Nasza radość była tym większa, że mimo uprawnień udało nam się zakupić bilet ulgowy (3,5E).

Watykan w oczekiwaniu na burzę.

Widok z Ołtarza Ojczyzny (Grób Nieznanego Żołnierza)

Niewiele dobrego można powiedzieć o tak osławionych Schodach hiszpańskich i Fontannie di Trevi. Mnóstwo turystów, wszechobecni hinduscy sprzedawcy, nie ma gdzie wcisnąć przysłowiowej szpilki. Poszliśmy, zobaczyliśmy i odeszliśmy zniesmaczeni.

Ogrom turystów zalewający fontannę di Trevi.

Całe centrum Rzymu przeszliśmy na pieszo. Choć zmęczenie było bardzo odczuwalne, jest to najlepszy sposób poznawania tego miasta. Mapa często służyła nam do wyjaśnienia czym dany (przypadkowo znaleziony) obiekt jest. A w Rzymie można na takie ciekawostki trafić na każdej niemal ulicy.

Włochy to oczywiście jedzenie. Choć Programista bardzo chciał, nie mogliśmy się najeść na zapas, a przecież 3 dni pozwalają na ograniczoną ilość posiłków, których mogliśmy spróbować. Jadaliśmy głównie na Trastevere (które w nocy stawało się bardzo klimatyczne), ale wchodzenie do lokalnie wyglądających knajp, czy śledzenie robotników idących na lunch jak zawsze okazało się strzałem w dziesiątkę, niezależnie od lokalizacji. Naszym głównym posiłkiem w tych dniach była oczywiście pizza na wszystkie sposoby. Oczywiście zawsze w towarzystwie wina, a te pochodziło z półek o różnej wysokości. Wszystko było pyszne.

Wino i oliwki z widokiem na Watykan.

Śniadanie (bagietka, oliwki, pesto, sery) na murku. Obowiązkowo z winem.

Rzym nie jest jednak miastem idealnym i zapewne szybko do niego nie wrócimy. Powód? Oczywiście ceny. Rzym jest cholernie drogim miastem. Z mojego doświadczenia, porównać je mogę chyba tylko z Paryżem, choć tam za tę cenę można oczekiwać usług o wysokim standardzie. W Rzymie rządzi bród i obojętność, co jest dość nieprzyjemne zważając na fakt pieniędzy zostawianych przez turystów na każdym kroku. Tak drogiego hostelu nie mieliśmy jeszcze nigdzie. Nie mieliśmy też tak kiepskiego. A mówimy tu o pokoju 6-osobowym poza miastem. Dramat.

Tym pozytywnym akcentem chciałabym powrócić do pisania niniejszego bloga. W najbliższym czasie szykują się kolejne podboje… :-)