0

Czy Hiszpania przypomina ci Włochy?

W Hiszpanii spędziłam nieco więcej czasu niż we Włoszech (jakieś 14 miesięcy więcej), a z Włoskich stron odwiedziłam tylko Sardynię i Rzym, to pokuszę się o małe porównanie, bo nie trudno go zauważyć. By nie popaść tu w pewną przesadę, porównując 2 kraje znane mi w różnym stopniu, wezmę pod lupę obie stolicę.

W czym Madryt podobny jest do Rzymu, a w czym Rzym różni się od Madrytu?

Bezdyskusyjne jest to, że w obu miastach mieszkają południowcy: otwarci i przyjaźni ludzie. Oba miasta są też stolicami borykającymi się z kryzysem. To jednak można wywnioskować nawet bez empirycznego poznania.

1. Bary, kawa i poranne słodkości.

Zarówno w Madrycie jak i Rzymie elementem obowiązkowym każdej ulicy jest bar, a w nim dość tania i smaczna kawa. Autochtony najbardziej lubią ją rano, a na śniadanie chętnie zjedzą coś małego i słodkiego (odpowiednik naszej drożdżówki, często bazujący na cieście francuskim). Kawę najlepiej wypić przy barze, nie tylko po to by porozmawiać z właścicielem i innymi klientami, ale także by nie zapłacić opłaty serwisowej (~1Euro od każdej serwowanej rzeczy). W obu miejscach espresso jest równie dobre.

A jaka jest tu różnica? W Madrycie wszystko co jest klientowi zbędne- ląduje pod barem (rachunki, obierki, skorupki), przez co włoskie bary wydają się na pierwszy rzut oka czystsze. Wystarczy jednak odwiedzić toaletę by wiedzieć, że jest zupełnie przeciwnie…

2. Emigranci.

Nie brakuje ich w obu stolicach. Hindusi, Azjaci i Czarnoskórzy sprzedawcy nęcą nas różnorakimi podróbkami na każdym kroku. W Rzymie nie uświadczyłam typowych look-look menów (prześcieradło z 2 sznurkami, ułatwiającymi szybkie zwinięcie nielegalnego interesu), którzy królowali  na ulicach stolicy Hiszpanii. W Rzymie Azjaci prowadzili także bary, czego w Madrycie raczej nie spotkałam (tam prowadzili oni sklepy z odzieżą i małe spożywczaki). Niezależnie od zajęcia, mieszanka kulturowa w obu miejscach jest bardzo duża.

3. Ceny

Rzym jest zdecydowanie droższy niż Madryt. O ile komunikacja miejska i kawa w barze wiążą się z podobnym kosztem, o tyle np. cena noclegu jest już zdecydowanie wyższa w Romie. Za cenę 2 łóżek w pokoju 6-osobowym z łazienką, wątpliwej klasy hostelu (brak ręczników i suszarki, pleśń wszędzie gdzie tylko można) ok. 25 minut drogi od centrum kosztuje więcej niż dwójka w hostelu o nieco wyższym standardzie, w centrum miasta (okolice Plaza Mayor). Ale ok bardzo niskim standardzie włoskich hoteli ostrzegał mniej już wcześniej zarówno Włoch jak i nie-Włoch, więc nie szczególnie mnie to zdziwiło.

Menu dnia (2 dania, deser i kawa) to w Madrycie koszt 7-12 E, w Rzymie zaczynały się od 10E i szybko leciały w górę. W Madrycie w tym zestawie zawsze było wino, w Romie b. rzadko.

4. Czystość.

Brak śmietników na ulicach i publicznych toalet to zgroza obu tych miast. Nie wyrzucam śmieci na chodnik, więc takie rzeczy łatwo mi zauważyć- w papierkiem w dłoni można przejść kilka ulic- śmietnika brak. Brak toalet objawia się nieprzyjemnym zapachem w mniejszych i większych zaułkach. Tego bardzo nie lubię.

0

Nasza krótka, rzymska przygoda.

Bilety w Ryanerze kupiliśmy już jakiś czas temu, korzystając z promocji wygrzebanej przez jedną ze stron filtrującą tanie loty. Poświęcając 5 minut na „doszukanie” znaleźliśmy jeszcze korzystniejszą ofertę.

Do Rzymu polecieliśmy na czas zdecydowanie za krótki (3 noce), to pozwoliło to na zobaczenie „punktów obowiązkowych” i pobłądzenie między uliczkami, o których nie napisano w przewodniku. Nie przypadkiem użyłam słowa „zobaczenie” ponieważ zazwyczaj nie wchodziliśmy do środka- kolejki turystów działają na nas paraliżująco. Co zatem zobaczyliśmy? Plac św. Piotra w Watykanie (wygląda dość teatralnie i robi niesamowite wrażenie) i Koloseum. Do Panteonu wróciliśmy dzień później, bo za pierwszym razem zamknięto go przed naszymi nosami. Weszliśmy także do kilku kościołów- samych nas to dziwiło. Kościoły i bazyliki w Rzymie są naprawdę godne zwiedzenia, choć zazwyczaj nie robią wrażenia z zewnątrz. Najlepszym przykładem jest tu Bazylika San Clemente, czyli coś, czego nie można w Rzymie ominąć. Niepozornie wyglądający budynek kryje w sobie 4 poziomy, każdy budowany w innym okresie historycznym. Niemalże brak turystów, charakterystyczny zapach zawilgoconej piwnicy i dźwięk strumienia płynącego pod bazyliką sprawiają, że można się na chwilę przenieść w czasie. Nasza radość była tym większa, że mimo uprawnień udało nam się zakupić bilet ulgowy (3,5E).

Watykan w oczekiwaniu na burzę.

Widok z Ołtarza Ojczyzny (Grób Nieznanego Żołnierza)

Niewiele dobrego można powiedzieć o tak osławionych Schodach hiszpańskich i Fontannie di Trevi. Mnóstwo turystów, wszechobecni hinduscy sprzedawcy, nie ma gdzie wcisnąć przysłowiowej szpilki. Poszliśmy, zobaczyliśmy i odeszliśmy zniesmaczeni.

Ogrom turystów zalewający fontannę di Trevi.

Całe centrum Rzymu przeszliśmy na pieszo. Choć zmęczenie było bardzo odczuwalne, jest to najlepszy sposób poznawania tego miasta. Mapa często służyła nam do wyjaśnienia czym dany (przypadkowo znaleziony) obiekt jest. A w Rzymie można na takie ciekawostki trafić na każdej niemal ulicy.

Włochy to oczywiście jedzenie. Choć Programista bardzo chciał, nie mogliśmy się najeść na zapas, a przecież 3 dni pozwalają na ograniczoną ilość posiłków, których mogliśmy spróbować. Jadaliśmy głównie na Trastevere (które w nocy stawało się bardzo klimatyczne), ale wchodzenie do lokalnie wyglądających knajp, czy śledzenie robotników idących na lunch jak zawsze okazało się strzałem w dziesiątkę, niezależnie od lokalizacji. Naszym głównym posiłkiem w tych dniach była oczywiście pizza na wszystkie sposoby. Oczywiście zawsze w towarzystwie wina, a te pochodziło z półek o różnej wysokości. Wszystko było pyszne.

Wino i oliwki z widokiem na Watykan.

Śniadanie (bagietka, oliwki, pesto, sery) na murku. Obowiązkowo z winem.

Rzym nie jest jednak miastem idealnym i zapewne szybko do niego nie wrócimy. Powód? Oczywiście ceny. Rzym jest cholernie drogim miastem. Z mojego doświadczenia, porównać je mogę chyba tylko z Paryżem, choć tam za tę cenę można oczekiwać usług o wysokim standardzie. W Rzymie rządzi bród i obojętność, co jest dość nieprzyjemne zważając na fakt pieniędzy zostawianych przez turystów na każdym kroku. Tak drogiego hostelu nie mieliśmy jeszcze nigdzie. Nie mieliśmy też tak kiepskiego. A mówimy tu o pokoju 6-osobowym poza miastem. Dramat.

Tym pozytywnym akcentem chciałabym powrócić do pisania niniejszego bloga. W najbliższym czasie szykują się kolejne podboje… :-)

0

Ostatni wyjazd, pierwsi goście i publiczny brak toalet.

Ostatni wyjazd, pierwsi goście i publiczny brak toalet.

Krótko po Lizbonie odwiedzili nas pierwsi polscy goście w tym roku – 3 ostatnie osoby z moim nazwiskiem. Kilka dni mieli okazję spędzić na Ibizie, która podobałą im się tak samo jak mi, więc nie warto myśleć o tej wyspie tylko w kontekście białych rękawiczek i nietrzeźwych doznań. Wyspa naprawdę godna jest polecenia także dla osób które lubią rajskie widoki czy wędrówki po skałach.

Współnie pojechaliśmy do Salamanki. Mocno studenckie i żywe miasto, choć trudno znaleźć tam coś poza starymi uniwesrytetami, mnóstwem kościołów i oczywiście – tysiącami barów i knajpek. Tam też obejrzeliśmy pierwszy mecz Euro – wygranej brak, ale przegranych też nie było. Każdy wynik warty był uczczenia.

3 wyjechali, 2 przyjechały. No istny kataklizm! Oczywiście alkoholu, którego nawałnica przelała się przez nasze mieszkanie i przełyki. K. i Mg. przez tydzień zmobilizowały mnie do odkrywania nocnej strony Madrytu. To miasto nie tylko nie śpi – jak się powszechnie uważa – ale w ogóle nie chodzi spać!!!! O ile o godzinie 1 czy 2 w centrum miasta jest mnóstwo ludzi, o tyle po zamknięciu lokali ( po godz. 2) jest ich znacznie więcej i nie zmienia się to do rana. Ma to niebywały urok, jednakże też spotyka się z niewytłumaczalną głupotą miasta – brak publicznych toalet w centrum. Dziwne, ale faktycznie znacznie utrudniające życie bawiących się tam osób, a także tych, którzy z samego rana przyjdą to posprzątać. Po nocnych voyagach zwracam honor hiszpanom – to nie tylko kwestia lenistwa i olewactwa, to także wada systemu wpływa na to, co można tu czasami zobaczyć.
Wizyta dziewczyn przypomniałą także, że kieszonkowcy nie śpią i mogą Cię obrobić ze wszystkiego w najmniej spodziewanym momencie. W tak dużych miastach warto być przerważliwionym na wszystko, może to ocalić np. nasz telefon.

Nastroje w Madrycie są coraz bardziej napięte. Na głównych placach odbywają się częste strajki, a ludzie krzyczą coraz głośniej. Skończył się zachwyt Euro, rozpoczęła się walka z rządem, który to ma kolejne rygorystyczne pomysły na walkę z kryzysem. Warto obserwować.
My z dnia na dzień poważniej myślimy o przeprowadzce. W tym celu szukamy jakiegoś lokum w Ojczyźnie, a na Madryt patrzymy z odrobiną sentymentu, łapiemy też słońce, może się uda trochę go zabrać…

0

Portugalia: Lizbona i Algarve

Portugalia: Lizbona i Algarve

Post dotyczący południowego wybrzeża Portugalii był już bardzo długo przeze mnie odwlekany. Na tyle długo, aby połączyć go z opisem Lizbony, w której byliśmy 2 miesiące później, czyli na ostatni weekend.

Opisywać łącznie tego nie można, są to zupełnie inne światy, mimo, że Portugalia nie jest przecież największym krajem. Niemniej jednak, jest krajem zróżnicowanym, co widać już na linii centrum-południe.

Zacznijmy od wybrzeża. 3 dni spędziliśmy w Albufeirze i 3 w Lagos.

Albufeira jest bardzo turystyczna- a co za tym idzie- bardzo angielska. Ale z tym już chyba nie można walczyć, Anglicy są wszędzie. Miasto jest malutkie i niestety bardzo zaniedbane, wiele budowli stanęło w połowie, a te które są, nie otrzymały renowacji od dawna. Znajduje się tu miejsca plaża, choć inna od pozostałych- bardzo przyjemna. Oddalając się kilka kroków od miasta, można natrafić na dzikie skarpy i plaże, co prawdopodobnie jest największym urokiem tego miasta.

ALbufeira, Portugalia 2012

Tu niestety spotkała nas też niemiła sytuacja z hotelem. 3 dni przed przyjazdem otrzymaliśmy maila z informacją, że z powodu remontu, nasz hotel ** zostanie zmieniony na apartament ***, z powodu remontu. Hotel zabukowaliśmy 3 miesiące wcześniej i mimo zupełnej świadomości, że jest to tylko wymówka, nie byliśmy w stanie już nic zrobić (byliśmy w tym czasie w Sewilli). To ‚ulepszenie’ nie wyszło nam na dobre, co możecie zobaczyć na zdjęciach. Apartament Regina w Albufeirze definitywnie zostaje skreślony z naszej listy. Do opisu miasta dodam, że jest relatywnie tanie (bez problemu znajdziemy 2-osobowy pokój za 25E).

Apatrament *** Regina, Albufeira

1,5 godziny w autobusie i jesteśmy w Lagos. Miasto równie turystyczne, ale znacznie bardziej zadbane. Nastawione także na innych turystów- znacznie młodszych. Lagos to przede wszystkim przepiękne klify! Miasto oferuje sporo aktywności i rozrywek, więc trudno się tu nudzić- kajaki, rowery, surfing, quady, albo po prostu spacer po klifach, co właśnie my uczyniliśmy. Albufeira okazała się także mekką imprezowiczów- mała mieścina na końcu świata stała się ulubionym miejscem wypadowym nie tylko z Anglii, ale także z Ameryki czy Australii. Tutaj hostel nas nie zawiódł: tanio i przyjemnie, z właścicielami stworzonymi do prowadzenia takiego przybytku, polecamy JJs Yard w Lagos.

 

Lagos, Portugalia


Na koniec stolica- Lizona. Tam polecieliśmy tylko na weekend. Loty z Madrytu są bardzo tanie i mogła to być jedyna okazja do zwiedzenia tak odległych miejs Europy. Lizbona trochę nas zaskoczyła. Jest to miasto zupełnie inne od pozosytałych europejskich stolic. Belgrad też nie był najbardziej bogatym miastem- tam widać było wojnę, tutaj przebija się coś innego- kryzys portugalski.

Na początku pomyśleliśmy, że śmieci leżące na ulicach to jakaś forma protestu. Okazało się jednak, że nie- jest to portugalska codzienność.

 

Kryzysowe oblicze Portugalii, Lizbona 2012

Są miejsca, któe przejrażają- brud, smród i bieda, bo inaczej tego ująć nie można. Mijamy mnóstwo opuszczonych domów, w których śpią bezdomni.

Niemniej jednak, Lizbona to także pięnie miasto z mozaikową architekturą, pyszną kawą i babeczkami. Większość trasy przejechaliśy tramwajem 28- zabytkowe składy, które jeżdżą na regularnych trasach. Ogromnym plusem jest to, że nie ma wyższej stawki za przejazd tym właśńie tramwajem.

Lizbona, Portugalia 2012

A Lizbonie znajduje się 2 pod względem wielkości oceanaroum w Europie (pierwsze jest w Walencji), które mieliśy okazję odwiedzić. Świetnie zorganizowane, piękne okazy. Miejsce bardzo warte odwiedzenia.

Oceanarium w Lizbonie, 2012

Wieczory spędzaliśmy w Bario Alto, czyli dzielnicy pełnej pubów i barów. Bardzo klimatyczne i kolorowe (dosłownie, przeważają tu przybysze z Ameryki i Afryki). Tutaj też możńa kupić rozmaite narkotyki, których sprzedawcy czają się na każdym roku- razem z grupkami czarnych, sprzedających perfumy, okulary, zabawki, itp….

I na tym zakończyła się nasza Portugalska przygoda :) Zostaliśmy zaskoczeni jej egzotyką, także ceny nas nieco zdziwiły (spodziewaliśmy się niższych) i kryzys, o którym nie mówi się tak dużo w mediach. Mam nawet wrażenie, że w Polskim Radiu więcej słychać o kryzysie hiszpańskim niż portugalskim, a oba kraje zdają się prezentować odmienny stan rzeczy.

Zobacz także nowszy wpis, o tym co robić w Algarve na wakacjach!

Do Madrytu zawitały upały.

0

Sevilla- magiczna feria de abril

Sevilla- magiczna feria de abril

Po długiej przerwie (związanej głównie z uczelnią) wracam do opisywania wakacji, choć sporo czasu już minęło, zdążyliśmy też wyjechać na 2 wakacje, ale o tym w kolejnym wpisie.

Z Granady wyjechaliśmy, gdy skończyła się piękna pogoda. W strumieniach deszczu, pociągiem pojechaliśmy do Sevilli (pociągi są tu rewelacyjne!). Był to akurat okres feria de abril – święto flamenco.

Sevilla 2012

Mimo, że jest to nadal Andaluzja, czuć, że nie jest się w Granadzie – brak tu tapasów! Nie są one ani tak duże, ani tak tanie. Aczkolwiek architektura, fantazyjny układ uliczek czy drzewka cytrusowe informują nas, że jesteśmy niedaleko. Ceny w tym okresie są 2 razy wyższe niż w innej części roku, ale bardzo nam zależało na zobaczeniu fenomenu tego święta – i było na co patrzeć!

Kobiety w tradycyjnych sukniach z Sewilli. Feria de Abril 2012

Na świętowanie wyznaczone jest miejsce daleko od centrum, gdyż namioty, w których wszystko się odbywa, stoją tam cały rok. Niemniej jednak, kobiety w przepięknych, tradycyjnych sukienkach spotkać można było wszędzie, przejażdżki konne także były bardzo popularne.

Mimo nieustającego deszczu poszliśmy w miejsce, gdzie odbywało się całe świętowanie – coś niesamowitego! Całe miasteczko pięknych namiotów – gdzie każdy był inny od pozostałych- a z wnętrza każdego wydobywała się muzyka. Wstęp do większości z nich był zabroniony, o co troszczyli się stojący przed wejściem ochroniarze. Niemniej jednak, przez otwarte „drzwi” namiotu, można było zobaczyć, co dzieje się w środku. Rozgrywały się tam przedstawienia – istny teatr. Całe rodziny tańczyły, tyrmicznie tupiąc i klaskając w dłonie, po czym było słychać donośny okrzyk „ola!„.

Feria de Abril 2012

Na kilkaset znajdujących się tam namiotów (należały one do rodzin, stowarzyszeń, partii poliotycznych itp.) było kilka „namiotów publicznych”, gdzie mógł wejść każdy. Były one większe od namiotów prywatnych, ale generalnie polegały na tym samym – tańczeniu i piciu wina i rebujito (lokalny alkohol jabłkowy ze spritem i lodem- bardzo dobre!).

Tutaj można się lepiej przyjrzeć tańczącym. Nie są to przypadkowe ruchy- nawet, gdy obok siebie tańczyło kilka par, które się nie znały – ich ruchy były płynne, niemal identyczne, jakby tańczyli zespołowo. Tutejsza odmiana flamenco – bardziej płynna i rytmiczna – nazywana jest sevillaną. Coś całkowicie unikalnego.

Feria de Abril 2012, Prywatna caseta

Feria de Abril 2012, prywatna caseta

Na wymianach młodzieżowych mieliśmy okazję poznać hiszpanów – właśnie z Sevilli. Znajomy naszych znajomych posiadał namiot, więc mieliśmy przyjemność wejść do jednego z prywatnych miejsc (są one nazywane casetami). Tam dowiedzieliśmy się, że posiadanie takiej casety to ogromny prestiż, a jednocześnie duży koszt – cały rok trzeba opłacać miejsce, z którego korzysta się kilka dni w roku w celach picia i tańczenia w nim. Niemniej jednak, zabawa była rewelacyjna :)

Nie wiem czy jest to miejsce, do którego należałoby wracać co rok, ale być tam i widzieć to. Ty bardziej, że andaluzja i Andaluzyjczycy są specyficzni – wyjątkowi na swój sposób. Wsyscy tam tańczą i tańczą rewelacyjnie, jedzą, piją i rozmawiają. I tak każdego dnia :)

0

Nasze najdłuższe wakacje. cz.1- GRANADA

Nasze najdłuższe wakacje. cz.1- GRANADA

Nasze wakacje połączone z majówką rozpoczęliśmy od Andaluzji, a dokładniej od Granady. Wyruszyliśmy autobusem ze stolicy, jechaliśmy niemal całą noc, aby ok 7 rano dotrzeć na miejsce. Na Granadę mieliśmy przeznaczone 2 dni. Biletów do Alhambry już nie było. Poszliśmy jednak na spacer, choćby z zewnątrz ujrzeć kompleks architektoniczny, znany na całym świecie. Ku naszemu zdziwieniu, w sprzedaży było jeszcze kilka biletów- nam udało się kupić bilety na popołudniowe zwiedzanie. Ponad 4 godziny chodzenia były bardzo meczące, ale równie przyjemne, poprzez widoki, jakie można podziwiać ze wzgórza, na którym osadzone są budowle. Nie mniejsze wrażenie robi też obecność wielu kultur i religii, które łatwo dostrzec w wszechobecnej architekturze.

Widok na miasto z ALhambry

Alhambra

Z informacji praktycznych: zniżki przewidziane są dla dzieci poniżej 12 lat, osób starszych i posiadaczy kart takich jak euro26.

ALe Granada to nie tylko Alhambra. Jeżeli jesteśmy przy architekturze, to całą- stara część miasta jest godna uwagi. Podobno są to pozostałości cygańskie, my tam widzieliśmy więcej wpływów arabskich. Niewątpliwie jest to oryginalna mieszanka: indyjskie sklepy, cygańska muzyka i marokańskie restauracje.

A co do jedzenia, to Granada ma także dużo do powiedzenia. Okazuje się, że jest to stolica TAPAS. Małe, niesforne kanapeczki, popularnie nazywane tapas, okazują się być tapasami madryckimi. W Granadzie są to całe posiłki, starannie przyrządzone i smakowicie podane. I zasada otrzymywania tapas też jest nieco inna, bo jest to jakby nieodłączna część piwa- kupiłeś piwo za 2E- tapa „gratis”. I tak jest wszędzie- pijesz, więc musisz zjeść. Bardzo, bardzo przyjemny zwyczaj!

Widok na Alhambrę i lokalne piwo- też Alhambra.

Granada to także miasto outsiderów, luzakó, hipisów czy jak by ich się tam nie nazwało, to raczej nie da się jednym zdaniem określić zjawiska, które tam istnieje. Jest mnóstwo młodych, czasami bezdomnych osób, zazwyczaj z psami, którzy chodzą po mieście, czasami coś grają, czasami sprzedają biżuterię w ukryciu przed policją. Czuje się od nich niebywałą wolność i pozytywną energię, choć co niektórzy potrafią wywołać lęk. Naszym zdaniem, jest to idealne miejsce na studiowanie: wolne, piękne i przede wszystkim tanie.

0

Czekając na lato i Wielkanoc po Madrycku wg. Polaków

Czekając na lato i Wielkanoc po Madrycku wg. Polaków

Od ostatniego wpisu minął prawie miesiąc. W tym czasie nie działo się zbyt wiele, a to głównie za sprawą deszczu, który padał nieprzerwanie, a już zupełnie nie odpuszczał podczas weekendów.

Strajk generalny w Hiszpanii- był faktycznie generalny i obejmował niemal wszystko i wszystkich. Oczywiście, informacja o strajku była oficjalna, ogłoszona jakiś czas temu, ale jak się nie zna hiszpańskiego, to zupełnie uwagi nie zwróci przecież plakat z napisem „huelga general”, bo po co? I kiedy wszyscy zupełnie świadomi tego co się dzieje czekali na kolejny autobus, my niecierpliwie przeszukiwaliśmy słownik polsko-hiszpański. Zawsze to jakieś nowe słówko, a w Hiszpanii całkiem istotne- tutaj strajk nigdy się nie kończy, zawsze jest jakiś ważny powód :-) A kryzys stoi na ich czele. Nasze biuro pracowało, ponieważ Hiszpanie stanowią tam mniejszość (ostatnio ktoś powiedział, że jakby był koniec świata i ocaleć miało tylko jedno miejsce, to nasze biuro byłoby idealne- tak wiele narodowości na kilku metrach kwadratowych zdarza się rzadko). Na autobus do pracy czekaliśmy godzinę, nie było żadnej informacji, tylko, że 15% autobusów jeździ. Protesty i zamieszki widzieliśmy tylko w TV, nasza dzielnica nie jest tak medialna jak Plaza Sol, nic się tu nie działo.

Wielki Tydzień był wolny od pracy pomiędzy czwartkiem a niedzielą. Ale, że tydzień wcześniej był strajk, to już nie było większego sensu wracania do pracy (bynajmniej tak wnioskujemy po autobusach jeżdżących z wielką nieregularnością). Planowaliśmy jechać do Granady na święta, zabukowaliśmy już hostel.

W sobotę poszliśmy do kościoła, gdzie odbywają się polskie msze. Polaków i rodzin półpolskich przyszło całkiem sporo, większosć z koszykami do poświęcenia. My- mimo, że lakierem do paznokci pomalowaliśmy jajka- to nie lieliśmy koszyka, więc mimo pomysłu Programisty, by przynieść jajka w kieszeni, nic nie mieliśmy. To było dziwne ale sympatyczne uczucie, spotkać w centrum Madrytu dziesiątki Polaków, obchodzących święta tak samo jak ich rodziny 3,500 km. dalej czy dzieciaki trzymające koszyki, które co drugie słowo mówiły po hiszpańsku. Przyjemne miejsce i wydarzenie, także bardzo fajny ksiądz. My-zgodnie z polskim zywczajem- mieliśmy duże śniadanie. Z braku niektórych produktów mieliśmy: jajka przepiórcze, sałatkę z krabami, ananasa, sok wyciskany z pomarańczy, jajecznicę i wino.

Jajka wielkanocne w Hiszpanii

Polska wielkanoc po hiszpańsku

Tutaj świąt nie spędza się z rodziną, jest to bardziej czas wakacji. Jajek też oczywiście nie malują, ten zwyczaj znają tylko z tradycji protestanckiej.

Wielki Piątek, Madryt

Wielki Piątek, Madryt

Na boso, z łańcuchami

Ze względu na zapowiadane ulewy, wycofaliśmy rezerwację z Granady. Na szczęście nie kupiliśmy jeszcze biletów na autobus, a odrzucenie rezerwacji to jedyne 9E. A lało strasznie, także w Madrycie.
Granadę odbijemy sobie jeszcze w tym miesiącu. Pojedziemy tam na 2 dni, w drodze do Sewilli.

Ważnym punktem świąt jest procesja w Wielki Piątek. Ta Madrycka też była interesująca, choć miała bardziej postać widowiska niż obrządku religijnego, aczkolwiek była to chyba najlepsza procesja jaką widziałam i może taka właśnie powinna być- spektakularna.

W końcu oddaliśmy mój rower do naprawy, co nie było najprostsze, ponieważ koszt naprawy to jakieś 70% wartości roweru. Czekam zatem na rower i na słońce, bo to bardzo boli, gdy się mieszka w samiutkim centrum Hiszpanii, niemal na pustyni, a ciągle pada i jest tak zimno…

Od Dav. dostałam informację, że drożeją bilety na komunikację miejską- kolejny sposób na walkę z kryzysem. I tak dla przykładu, bilet na 10 przejazdów metrem, który 2 lata temu kosztował 7E, od maja będzie wart 12E. Czyste szaleństwo. Obywatele nie mają pracy, a ceny bardzo widocznie skaczą. Mi jest się bardzo niezręcznie wypowiadać w tym temacie, bo jestem obcokrajowcem, który nie dość, że nie mówi w ich języku, ma tu stałą pracę to na dodatek podatki płaci w swoim kraju- czyste barbarzyństwo, więc zupełnie szanuję te ich strajki i przyglądam się im nieco z ukratka.

Na koniec nasz sąsiad i mecz. Pamiętacie tego sąsiada z naprzeciwka od zamieszek? Niedawno pytała o niego policja (już nas nie dziwi fakt, że policjanci- jak mało kto tutaj- płynnie mówią po angielsku). Po dłuższej nieobecności sąsiad wrócił i to nie sam- kilka dni temu, od godziny 2 w nocy do czasu gdy wyszliśmy do pracy- kolega imprezował z dużą grupą ludzi w swoim małym mieszkanku. Myślałąm, że zwariuję! Nigdy chyba nie słyszałam tak głośnej imprezy i to o takich godzinach. Nawet po takim czasie mieszkania tutaj mnie to dziwi- jak było słychać jakąś tam przemoc, to od razu ktoś zadzwonił na policję, jak jest znacznie głośniejsza impreza nikt nie reaguje, mimo, że wokół mieszkają rodziny z maluchami. Wolność osobista zaskakuje mnie tu za każdym razem. Może powinniśmy się tego nauczyć? Wyluzować i żyć tak bezstresowo jak oni? Aczkolwiek rano, wychodząc do pracvy z mega worami pod oczami byłam raczej wkurzona, choć momentami ich za to uwielbiam. Ale wiem, jest kryzys i większość z nich pewnie nie ma gdzie iść, całonocne imprezy nie powinny mnie więc dziwić- może jest to jakaś odpowiedź na kryzys pojedyńsczych obywateli.

A na zdjęciu biedronka, których całe mnóstwo urodziło (bo nie wiem jak to się nazywa u biedronkowatych) się na naszym patio. Małe i mające problem z rozwinięciem skrzydełek. I całe w kuruz, bo załapały się na zamiatanie ;)

0

Segovia

Segovia

Sobota była pierwszym, iście wiosennym dniem. Pojechaliśmy do Segovi, oddalonej półtorej godziny jazdy autobusem od Madrytu. Niewielka miejscowość otoczona ośnieżonymi górami. Większość budynków z kamienia, z pięknymi, goteckimi zdobieniami. Wszystko w tym samym stylu, co tworzy bardzo przyjemną spójność. A poza tym: chyba najprzyjemniejszy zamek jaki widzialam, robiąca wrażenie katedra i symbol tego miasta- rzymski akwedukt (na zdjęciu).
kilka godzin chodzenia, kilka wypitych piw i sałatka zjedzona na ławce pod zamkiem. Przemiła wycieczka, piękna pogoda.
Aby miło zakończyć dzień i klasycznie powitać wiosnę- zjedliśmy kolację na naszym patio. Wokół było głośno- wszyscy sąsiedzi wpadli na ten sam chyba pomysł.

Już 2 razy biegałam, co jest dla mnie nie lada osiągnięciem :) Raz dobiegłam do stadionu Realu, raz go nawet okrążyłam!

Witaj wiosno! :-) Musimy oddać mój rower do naprawy i ruszać na podbój rowerowych ścieżek! :-)

0

Z zimnego do jeszcze bardziej zimnego

Z zimnego do jeszcze bardziej zimnego

Unia Europejska, propagująca edukację- także pozaszkolną- nieformalną posiada program „Młodzież w działaniu”. I przyszło mi nawet przetestować tę europejską ofertę. Ponosząc tylko 30% kosztu podróży, spędziłam (wraz z Ma, Mg i 3 innymi Polakami) 12 intensywnych dni w Estonii. Projekt zatytułowany „Kultura ulicy jako klucz do rozwiązania różnorodności kulturowych”” odbywał się głównie w drewnianym domku, pośrodku lasu w Pankuli (40km od Talina). Beneficjentami byli młodzi ludzie z Polski, Estonii, Turcji i Hiszpanii- przy takiej mieszance nie trudno o rozmaite i wymyślne stereotypy, których łamanie było jednym z celów programu. Całość zakończyła się prezentacją, przygotowanego przez nas przedstaiwenia w jednym z talińskich klubów. Całkiem miło było. Co do samej Estoni, to jest tam zimno i nieco drożej, poza tym, Estończycy są do nas podobni- i także piją wódkę.

W drode powrotnej (cała podróż autokarami) zatrzymaliśmy się w Rydze. Także przyjazna stolica- kilka razy okrążyliśmy rynek, wypiliśmy piwo.

Tak oto streściłam historię 2 dynamicznych tygodni w kilku zdaniach. Tak być nie powinno, ale przynajmniej uspokoję sumienie, że nic nie piszę ;-)

A ze spraw istotnych, królik podczas operacji stracił 2 siekacze. Po miesiącu okazało się, że nadal jest zakażenie i trzeba ponownie operować. Moje małe, białe cudo dziś przeszło 2 operację. Chyba się udała, bo Didi biega, skacze, a co najważniejsze- je. Koperek kupujemy teraz na kilogramy :-) Niestety, królik bez przednich ząbków nie radzi sobie z jedzeniem tak dobrze jak dawniej.

Doktora L. Gugałę ze Szczecina spokojnie można polecić, choć do jego pracowników mam duże zastrzeżenia.

0

Budapest

Budapest

Kolejny tydzień za nami. I kolejny bez specjalnych rewelacji.
Miało być ciekawiej, mmiał być M., ale nie udało się- szkoda.
Środa spędzona na wieczorku filmowym u nauczycielki węgierskiego- padło na węgierską komedię „Just sex and nothing else”. Nie wiedziaam czy gorszy będzie język węgierski czy angielskie napisay. Ale udało się zrozumieć co nieco, film ogląda się całkiem sympatycznie, szczególnie ze względu na Budapeszt, gdzie rozgrywa się akcja filmu.
Zmobilizowana architekturą stolicy w sobotę rano ruszyłyśmy stopem na Budapeszt. Pogoda była pięna więc miło się spacerowało i pstrykało foty. Wyjechać było trudno, bo szybko się ściemniło i przez prawie 2 godziny nie było chętnych na zabranie 3 przemarzniętych turystek. Jak już złapałyśmy pierwszego kierowcę, to na kolejnego czekałyśmy może 2 minuty.
Takimi samochodami jak dziś to nikgy nie jeździłam i może już jeździć nie będę- ale dochodzę też do wniosku, że jak się ma dobrą furę, to już przepisów drogowych przestrzegać nie trzeba (tam poduszta powietrzna to chyba nawet pod tyłkiem wybucha). Potwierdza to tylko regułę „Im lepsza fura, tym większy cham!”
A dziś w TESCO robiąc ogromne zakupy (by pingwiny w lodówce miały po czym skakać) zaopatrzyłąm się w najtańszy dostępny kalendarz adwentowy…