0

God’s own country- długa podróż do Kerali.

Na drugą część wakacji wybraliśmy Keralę. Miałam okazję być w tym rejonie 7 lat temu i ta wizyta pozostawiła bardzo pozytywne wspomnienia. Chciałam wrócić.

Kerala. Źródło: rightindiatravels.in

Kerala. Źródło: rightindiatravels.in

Powrót nieco utrudniły nam linie lotnicze, które zmieniły harmonogram lotów i- z pozoru- prostą trasę maksymalnie wydłużyli (zarówno czasowo jak i odlegościowo). 3 loty i niemal 2 dni lotu, z nocnym przystankiem w Kalkucie, wykorzystanym na kolację w Blue Sky Cafe, do którego zawsze miło (i smacznie) się wraca.

Jak w tytule, Kerala nazywana jest krajem samego Boga. Jest to jeden z bardziej deszczowych miejsc w Indiach, co przekłada się na względny dobrobyt keralczyków- żyje się tu z rybołówstwa, uprawy ziół i orzechów i oczywiście turystyki. Turyści jednak nie zawsze są biali- tu spotkamy klasę średnią mieszkańców Indii, którzy przyjeżdżają tu jeszcze chętniej w czasie monsunów (czyli wówczas gdy byliśmy), bo nie tylko widoki, ale też ceny są atrakcyjne. Temperatura wody nie ma dla nich większego znaczenia, bo nikt nie ma w zwyczaju paradowania po plaży w skąpym bikini; do wody też się zresztą nie wchodzi (a jak już, ubranym od stóp do głów). Kerala jest też mniej popularna wśród białych turystów niż Goa, którą najbardziej upodobali sobie sąsiedzi Rosjanie, zatem Kerala wygrywa bezkonkurencyjnie.

W lipcu jest tu niewiele odwiedzających, dlatego nie wszystkie noclegownie są w tym czasie otwarte, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Po wylądowaniu w Thiruvananthapuram (o tak, wymówcie to na lotnisku, co pracownicy linii lotniczych przyjmują z uroczym śmiechem!!!) wzięliśmy rikszę do Kovalam, które znane jest z szerokiej plaży oświetlanej przez latarnię morską. Turystów jak na lekarstwo- cudnie!

Czarna plaża w Kovalam

Czarna plaża w Kovalam

Tutaj nie mieliśmy już żadnych planów, poza samolotem do Bombaju, zabookowanym na 5 dni później. Tu chcieliśmy zostać 1 noc, ale przez problemy zdrowotne, które dopadły większość grupy- przedłużyliśmy swój pobyt (cholerne samosy z ulicy w Varanasi!!!!). Nikt nie żałował, było spokojnie i pięknie. Chłopcy wybrali się też do pobliskiego portu rybackiego, by pobyć chwilę w centrum keralskiego zgiełku, przy zapachu rybich wnętrzności. Ja chorowałam w hotelu.

Port rybacki i targ rybnych

Port rybacki i targ rybnych

Drogę do Warkali przebyliśmy rikszą- 3 godziny ścisku z plecakami na kolanach. Ja czułam się znacznie lepiej, ale choroba dopadła innego z współpodróżnych i tak podróż musiała być istną męką. W Warkali przeszliśmy kilka hoteli, z których większość była zamknięta. Wybraliśmy mały domek murowany przy klifie. Domek wynegocjowaliśmy za 1.000Rs za noc, kiedy w sezonie kosztuje on 6.500Rs!

Noclegownia w Warkali

Noclegownia w Warkali

Wioska jest niemal martwa w tym czasie. Pracują tu głównie Tybetańczycy, więc oferta kulinarna jest bardzo różnorodna (nikt nie potrafił jednak wyjaśnić, czemu najpopularniejsza jest tam kuchnia tajska). Było smacznie, choć drogo- co dotyczy całej Kerali. Piwo też jest droższe i bardzo trudno dostępne (w restauracji puszka na wynos kosztowała 10zł, sprzedana tylko dzięki ingerencji właścicielowi naszego hotelu). Turystów mniej niż pracowników w barach. Trudno się nie zakochać.

Klif w Warkali

Klif w Warkali

Ostatnim miejscem na naszej keralniej drodze jest Kochi– duże miasto portowe znane z charakterystycznych, chińskich sieci rybackich. Tutaj też zdecydowaliśmy się na podziwianie backwaters. Początkowo myśleliśmy o wynajęciu prywatnej łódki na całą dobę i przemierzanie kanałów z kucharzem na pokładzie. Zrezygnowaliśmy, bo budowano most na trasie, więc trasa do Kochi była zamknięta. Odstraszała nas też cena i myśl o widoku skaczących wokół nas hindusów- zawsze napawa nas to większym żalem do siebie i odbiera przyjemność z podróżowania. Wybraliśmy więc wycieczkę kilkugodzinną, grupową, po ustalonej trasie. Z braku turystów, na pokładzie były 3 osoby- my i gruba Niemka. Podróżowanie po sezonie jest cudne, nawet gdy pada.

Backwaters

Backwaters

Backwaters

Backwaters

Obiad na wyspie (5 lat temu menu było niemal identyczne!)

Obiad na wyspie (5 lat temu menu było niemal identyczne!)

Zielony pieprz

Zielony pieprz

 

Nawet monsunowe opady nie przeszkodziły w podziwianiu życia autochtonów tych maleńkich wysepek: zarzucają sieci z niewielkich łódeczek, łowią nie tylko ryby, ale i muszle do produkcji wapna murarskiego; inni produkują liny z kokosów, które miesiącami leżakują w wodzie. W ogrodach między kanałami uprawiają pieprz, kurkumę, ananasy i gałkę muszkatołową. Kilkugodzinna podróż łódką odpychaną bambusowym kijem przerywana jest znakomitym obiadem złożonym z tutejszych przysmaków, podanym na liściu bananowca. Pycha!

W Kochi znacznie bardziej niż w poprzednich miejscach widać przenikanie się religii. Chrześcijanie, Muzułmanie i wyznawcy Hinduizmu żyją tu w zgodzie, a efektem tej wieloreligijnej mieszanki jest bardzo duże natężenie świąt (a w Indiach przecież wszystko odnosi się do wierzeń). Kościoły katolickie to oczywiście pamiątka po Portugalczykach, którzy wprowadzili tu swoje porządki, ale z braku funduszy- wycofali się z tych ziem- zakładam, że do dziś plują sobie w brodę 😉 Codziennie rano budziły nas obrządki którejś z religii i piejący pod oknem kogut. Na walący w szyby monsun już nie zwracaliśmy uwagi.

Nie mogliśmy opuścić Kerali bez skorzystania z tutejszego masażu, wykonywanych w ramach systemu medytacji Ayurveda, w ramach którego oferowanych jest wiele rodzajów masażu: od relaksacyjnych, przez rozciągające po te naprawdę bolesne. Chłopaki wybrali masaże klasyczne, relaksacyjne, ja się pomyliłam przy zamówieniu i wzięłam masaż rozbijający mięśnie. Ból to mało powiedziane. Była to jakby inna odmiana masażu tajskiego, po kilku minutach trzeba po prostu „wyluzować” bo ból trwa i trwa. Po 20 minutach można go nawet polubić. Męki skróciłam na korzyść masażu głowy wykonywanego olejkami, który jest tutejszą specjalnością, a którego chciałam spróbować. Jest to dość dziwne uczucie, bo przypomina nieco tortury. Przyjemny, ale szybko nudzi.

Źródło: ayurvedaresortindia.com

Źródło: ayurvedaresortindia.com

Mój masaż wyglądał prawie identycznie! Z tą różnicą, że:

– pomieszczenie wyglądało jak połączenie sali zbrodni i stodoły;

– masażystka miała jakieś 70 lat i po stanie jej dłoni wnioskuję, że pracowała na roli;

– zamiast bikini miałam na sobie tonę olejku po poprzednim masażu.

W pakiecie była też kąpiel wykonywana przez panią. Bardzo dziwne uczucie.

Jedliśmy, piliśmy (nie, nie to co myślicie- tu jest prohibicja!) i kupowaliśmy przyprawy. No i mokliśmy nieprzerwanie. Pojechaliśmy na lotnisko i polecieliśmy do Bombaju. Tradycyjnie, kilka fociaków:

Obiad w Kovalam

Obiad w Kovalam

Droga do Kochi

Droga do Kochi

Ryba po keralsku (w liściu babanowca i kokosie)

Ryba po keralsku (w liściu babanowca i kokosie)

Boisko w Kochi, na którym jednocześnie odbywało się 5 meczy

Boisko w Kochi, na którym jednocześnie odbywało się 5 meczy

Pan kierowca

Pan kierowca

Taksówka między wyspami

Taksówka między wyspami

Najpyszniejsze tosty na świecie ;)

Najpyszniejsze tosty na świecie 😉

Obowiązkowa wizytya w McDonaldzie (Mc Veggie itp.)

Obowiązkowa wizytya w McDonaldzie (Mc Veggie, Mc Spicy Panner itp.)

Woda kokosowa

Woda kokosowa

Główna atrakcja na plaży w Warkali- Biały z Europy

Główna atrakcja na plaży w Warkali- Biały z EuropyW

0

Obłęd Wanarasi

Wanarasi, czyli dawny Benares nazywany jest najbardziej obłąkanym miastem świata. Ja wiem, że jest jednym z najgorszych w jakim byłam (najgorszy jest zdecydowanie Hyderabad, oczywiście też w Indiach). Jest tu brudniej i śmierdzi bardziej niż gdziekolwiek indziej w Indiach. Tu też się umiera i to z wielką przyjemnością.

Benares- najbardziej chaotyczne miejsce na świecie, a zwane świętym.

Benares- najbardziej chaotyczne miejsce na świecie, a zwane świętym.

Każda wąska uliczka wygląda niemal tak samo

Każda wąska uliczka wygląda niemal tak samo

Benares po zachodzie słońca

Benares po zachodzie słońca

Choć miasto liczy ponad 3 miliony mieszkańców, to to, dlaczego przyjeżdżają tu tysiące turystów i miliony hindusów zamyka się między kilkoma wąskimi uliczkami a świętą rzeką Ganges. Waranasi z pewnością jest jednym z najstarszych miast świata, a przez Hindusów jest ono bezdyskusyjnie najstarszą zamieszkałą osadą na świecie. Jest to też miejsce pełne tych wściekłych małp(iszonów).

Ganges jak i całe miasto uważane jest za święte, dlatego każdego dnia ściągają tu tłumy pielgrzymów mających na sobie ubrania w kolorze szafranu. Przyjeżdżają też tacy, którym zostało kilka dni życia, bo tylko spalenie na ghatach przy rzecze może Hindusów wyzwolić z kręgu reinkarnacji, a do tego własnie dążą. Jako, że spalenia można dokonać maksymalnie 2 dni od stwierdzenia zgonu, obywatele Indii przywożą tu słabszych członków rodziny i wspólnie czekają na śmierć.

Spalenie nie następuje przez skremowanie zwłok; wygląda to bardziej jak nasze ognisko- na ciało nakłada się kilka kilogramów drewna i zgodnie z przyjętym obrządkiem podpala. Członków wyższych kast stać na pięknie pachnące, drewno drzewa sandałowego. Biedniejszym zostaje pył z tego drzewa, którym posypują deski. Pochodzenie ma także znaczenie przy wyborze miejsca i godziny pogrzebu. Najwyższa kasta ma do dyspozycji najwyższe miejsce przy świętym ogniu i może pożegnać bliską osobę po zachodzie księżyca (zwłoki palone są 24/h dobę), kiedy biedniejszym zostaje pogrzeb w pełnym słońcu, na najniższych partiach gath.

Ghaty od strony rzeki.

Ghaty od strony rzeki.

Życie codzienne przy Gangesie

Życie codzienne przy Gangesie

W pogrzebie uczestniczą tylko mężczyźni; kobiety nie panują nad emocjami i płaczą, a nie powinno się zwłok polewać łzami. Faktem jest też to, że kobiety rzucały się do ogniska, bo los wdowy nie jest tu niczym czego można zazdrościć. Kobiety zostają w domu, a na wsiach dodatkowo zaprasza się płaczki, które zapewniają oprawę muzyczną. Przed pogrzebem, najbliższy męski członek rodziny goli sobie głowę i to on podpala drewno rozłożone nad ciałem. Tydzień później głowy golą wszyscy męscy członkowie rodziny zmarłej persony.

Po spaleniu prochy wrzucane są do Gangesu. Zdarza się jednak tak, że nie całe ciało się spali i zostaną fragmenty ciała (dotyczy to szczególnie biedniejszych, którzy nie wykupią wystarczającej ilości drewna). Całość wrzucana jest do wody, więc nikogo nie dziwi widok płynącej po rzece ręki czy nogi ludzkiej. Na ewentualne kosztowności (pierścionki czy złote zęby) też znajdą się chętni, którzy nurkują w rzece z prochami wyławiając wartościowe przedmioty. Jak dodać do tego charakterystyczny, nieprzyjemny odór palonych zwłok i żar lejący się z nieba (40st.) to naprawdę robi się nieprzyjemnie.

W tej samej rzece co rano hindusi obmywają swoje ciało, myją zęby  piorą pranie- wszystko ma tu praktyczne zastosowanie.

5 grup ludzi nie może być spalonych:

  • dzieci,
  • kobiety w ciąży,
  • ukąszeni przez kobrę,
  • trędowaci,
  • świeci mężowie.

Ich ciała wywozi się na środek rzeki i wrzuca, z przymocowanym do nogi ciężarkiem (bambus czy kamień). Taki dziwny zwyczaj.

Niemniej jednak, Waranasi to też kilka pozytywnych aspektów– pyszne lassi w Blue Lassi, bar, w którym czułam realne zagrożenie mojego życia i mehendi, czyli tradycyjne malowanie henną- w moim przypadku była to dłoń. Upiększanie zewnętrznej części dłoni odbywało się w niewielkiej izbie- jedynej w tym lokum, a kobiecie towarzyszył mały chłopczyk, który umilał nam czas podczas czekania (a może to my jemu?). Cena za dłoń- 1000Rs (10zł).

Piwo drogie i z cukrem, a towarzystwo niezbyt ciekawe. Bar w Wanarasi.

Piwo drogie i z cukrem, a towarzystwo niezbyt ciekawe. Bar w Wanarasi.

Malowanie henną

Malowanie henną

Po malowaniu, w mieszkaniu "artystki", dzieciaczka i pewnie jeszcze kilku osób.

W mieszkaniu „artystki”, dzieciaczka i pewnie jeszcze kilku osób.

Efekt malowania.

Efekt malowania, po kilku dniach.

Tutaj rozstaliśmy się z grupą wolontariuszy, która pojechała do Nepalu (więcej o nich na stronie wAkcji). W 3 osoby pojechaliśmy na południe, z nadzieją na prawdziwie leniwe wakacje.

0

Różowe miasto Jaipur

Wstaliśmy bardzo wcześniej, dopakowaliśmy plecaki i dziarskim krokiem wyszliśmy z pokoju praskiego hostelu. Sprawdź datę na biletach- zasugerował Programista. No i oczywiście okazało się, że lot jest kolejnego dnia. Niezauważeni wróciliśmy do pokoju i kontynuowaliśmy spanie. Polecieliśmy dzień później.

 Lot Praga-Mumbai przerwany był przystankiem w Istambule. Kilka godzin włóczyliśmy się po niewielkim lotnisku i konwertowaliśmy krzesła na leżanki. na całej trasie Air Turkey nie popisało się zdolnościami kulinarnymi, jedzenie było gorzej niż średnie. Na domiar złego, w obu samolotach dostałam dokładnie to samo danie (wegetarianie mają ciężko). Oferta filmowa na pokładzie nie była świeża a i kiepskie słuchawki nie ułatwiały oglądania. To tyle z narzekania na tureckiego przewoźnika. Fajnie, ze doleciał.
Lądowanie w Bombaju to jeszcze nie był koniec podróży w tym dniu. Zmieniliśmy lotnisko i po kilku godzinach oglądania deszczowego miasta przez szybę- wylecieliśmy do Jaipur. Miasto jest ogromne i przeludnione (ponad 3 miliony mieszkańców!), ale warte odwiedzenia. Różowe miasto (wizytówka Jaipur) wygląda dość egzotycznie i symbolizuje szacunek oddawany ważnym osobistością, które odwiedzały miasto. Nie warto się tam jednak zatrzymywać na dłużej, ponieważ są tam znacznie wyższe podatki niż w całym Jaipur, co znacznie podnosi ceny usług i produktów.

Poza tym był jeszcze Fort i wiele świątyni. Całość zwiedzaliśmy z firmą taksówkarską Janu, który zasługuje na dużą uwagę. Facet sympatyczny i stworzony do tej roboty i niezwykle motywujący w swej prostocie. Jeżeli kiedyś będziecie odwiedzać Jaipur- warto skorzystać z jego usług. Podobną rekomendację możemy wystawić hotelikowi, w którym spaliśmy. W kuchni na dachu także łatwo się zauroczyć i rozsmakować.
Na dachu Moon Light Palace w Jaipur

Na dachu Moon Light Palace w Jaipur

Tu też spotkaliśmy słonie. Podobne doświadczenie mamy z Tajlandii, gdzie pierwszy raz uczyliśmy się słuchać i mówić do tych ogromnych zwierząt. Tych kreatur trudno jest nie uwielbiać, a z pewnością- każdy poczuje do nich respekt. Poza karmieniem i jeżdżeniem na słoniu, mieliśmy także okazję umyć go szlaufem i pomalować naturalnymi barwnikami. Całość zakończyła się kolacją w domu właściciela farmy słoni.

PS. Dotykanie brzucha słonicy w ciąży (9. miesiąc) i czucie kopniaków małego słonika- bezcenne!!!

Farma słoni w Jaipur

Zapoznawanie się ze słoniem

IMG_5793

Kawałek obrządku- element całkowicie zbędny.

IMG_5863

Mycie połączone z pojeniem.

IMG_5718

Wchodzenie po trąbie i próby zajęcia miejsca.

IMG_5771

Efekt malowania.

Tak więc, zainteresowanym polecamy Elefantastic. Całe miasto też. Jak rzadko, zwiedzanie zabytków i świątyń sprawiało mi frajdę, choć oczywiście jest tego za dużo i trzeba wybrać kilka najciekawszych, które nie zawsze są tymi najbardziej znanymi. I na koniec krótki film z karmienia:

Amer Fort

Amber Fort

IMG_5908

I kozy w Amber Fort.

IMG_5948

Wakacyjne znajomości.

IMG_6044

Świątynie Jaipur.

Tyle z Jaipur’u, skąd nocny pociąg zawiózł nas do Agry, ale to już w następnym odcinku.

1

Kilka dni w Bangkoku

O ile Bangkok był naszym pierwszym przystankiem na tajskiej ziemi, o tyle stanowił jedynie przystanek w dalszej podróży. Zwiedzanie Bangkoku zostawiliśmy sobie na koniec i spędziliśmy tam 4 dni.

Jechaliśmy z PhiPhi. Jechaliśmy to spory skrót myślowy- płynęliśmy i jechaliśmy z 3 przesiadkami. Kolejna „wielka niewiadoma” podróż. Dojechaliśmy przed bramy miasta, ponieważ trwał wielki tajski protest i autobusy nie były wpuszczane do miasta. Obudzono nas w środku nocy i kazano opuścić autokar. Stały tam tylko taksówki. Interes jak ta lala!!

Kierowcy nie ryzykowali kontrolą, nie próbowali nawet zbliżyć się do Bangkoku. Podobnie zapewne myślała osoba, która podrzuciła mi do plecaka kartę kredytową. Zapomniała jednak tej karty odebrać. Zapomniała też dorzucić numer pin- nad czym szczerze ubolewałam. Karta w kawałkach trafiła do kosza, ale posiadam doświadczenie jako członek gangu tajskiego!

Bangkok podobał mi się bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że jest duży, a do takich miast mam wrodzoną słabość. Jedyne co wręcz przeraża to potężne korki w całym mieście! No i oczywiście protesty. Z  naszej perspektywy wyglądało to pokojowo- kolorowe stroje, flagi i muzyka. Gorzej, jak taki tłum szedł DOKŁADNIE w tym samym kierunku. A posuwał się z prędkością żółwia lądowego. I nie był to z pewnością żaden z żółwi Ninja.

Protesty w Bangkoku

Protesty w Bangkoku

Czytaj dalej

3

Koh Phi Phi – Gdzie jesteś o boski Leonardo?!

Za oknem zima, więc wracamy do wspomnień z wakacji. Była wyspa Lipe i słonie w Chiang Mai; był też kurs gotowania. Dziś kilka słów o zespole wysp należących do prowincji Krabi. Dojazd tutaj okazał się bardziej zaskakujący niż sobie wyobrażaliśmy. Kupiliśmy bilety na 2 łodzie, a płynęliśmy jedną i jechaliśmy: busem i autobusem. Kolejne osoby wciskały nam w dłoń bilet i pokazywały miejsce, gdzie mamy czekać. Jak dzieci we mgle, ale za każdym razem ktoś po nas przyjeżdżał.

Kasa biletowa na dworcu

Kasa biletowa na dworcu

Czytaj dalej

1

Koh Lipe. Najmniejsza z wysp w Tajlandii.

Koh Lipe to jedna z najpiękniejszych wysp, na jakiej w życiu byłam. 2 kilometry długości i mnóstwo szczęścia. Przed wyjazdem do Tajlandii długo szukałam wyjątkowej wyspy, na której moglibyśmy spędzić kilka dni i padło właśnie na tą, co okazało się najlepszym wyborem. Zapraszam do Tajlandii i na najmniejszą z moich wysp.

Z Chiang Mai przedostaliśmy się do Hat Yai na południu (samolot, linie Air Asia). Tam czekał na nas tylko deszcz. Minivanem przedostaliśmy się do portu Pak Barra, a stamtąd na wyspę Lipe (1.000 BHT). Płynęliśmy motorówką z 4 silnikami. Przy dużych falach mój system nerwowy głośno krzyczał.

Pogoda w Hat Yai

Pogoda w Hat Yai

Czytaj dalej

1

Chiang Mai III: park, długie szyje i kurs gotowania.

Chiang Mai to jedno z piękniejszych miejsc, które miałam okazję odwiedzić w swoim życiu. Mieszanka egzotyczności z wolnością, miasto azjatyckie, ale pełne europejskich naleciałości, bardzo blisko dzikiej natury. Dziś kolejny wpis o Chiang Mai na północy Tajlandii, gdzie udaliśmy się na fantastyczny kurs gotowania dań tajskich i mieliśmy wątpliwą przyjemność spotkać kobiety z długimi szyjami.

Po spotkaniu z tygrysami zahaczyliśmy jeszcze o park narodowy i pseudo-wioskę długich szyj. Wioski nie polecamy, bo jest to atrakcja w ogóle nie warta swojej ceny (50zł/os). Trafiliśmy tam przypadkiem i niezręcznie było się wycofać. Park okazał się bardzo przyjemnym miejscem na dłuższy spacer.

Jeden z wodospadów w parku.

Jeden z wodospadów w parku.

Czytaj dalej

0

Chiang Mai: wizyta w ośrodku dla tygrysów TigerKingdom

Jeśli planujecie wyjazd do Tajlandii, koniecznie zaplanujcie kilka dni w Chiang Mai na północy kraju. Jedną z zalet tego miejsca jest bliskość przyrody. Mnie zawsze najbardziej interesują zwierzęta, więc staram się wybierać miejsca, które są im najbardziej przyjazne. Tak właśnie trafiliśmy do ośrodka dla tygrysów w Chiang Mai.

Młode tygryski.

Czytaj dalej

0

Chiang Mai – perła północnej Tajlandii. Słonie.

Z tą perłą to nieco przesadziłam- chciałam nadać tytułowi nieco polotu…

Chiang Mai to pierwsze miasto, jakie odwiedziliśmy. Prosto z Bangkoku polecieliśmy tam liniami Nok Air (które bardzo polecamy swoją drogą, Programistę szczególnie zauroczyły stewardessy, mi podobał się samolot i otrzymana drożdżówka). Okazało się oczywiście, że samolot nie leci z tego lotniska, na którym byliśmy, no ale żeby to pierwszy raz takie przeoczenie… Lotnisko było 80 km dalej, co pan taksówkarz wycenił na 800 bth (~80zł).

Chiang Mai oferowało nam najwięcej aktywności, a my nie omieszkaliśmy z nich skorzystać. Przylecieliśmy tu głównie ze względu na ośrodki dla dzikich zwierząt, które w innych częściach kraju nie cieszą się dobrą opinią. Jeżeli więc nie chcecie oglądać bitych tygrysów i słoni grających w piłkę nożną – jedźcie na północ kraju.

Po pierwsze, Chiang Mai to królestwo trekkingu, ale z tego nie skorzystaliśmy, więc nie będziemy się wypowiadać (buty były za ciężkie). Pochodziliśmy za to po świątyniach, których w tym regionie jest ponad 300. Ciekawe są nie tylko budowle, ale i podejście Tajów do całej filozofii, jak i sami mnichowie, którzy mają setki sposobów na pozyskanie pieniędzy od społeczeństwa. Zupełnie jak polski rząd, tyle, że my w naszych „mnichach” nie pokładamy już nadziei.

Strażnik niemal każdej ulicy w Chiang Mai – Budda

Filozofia jest bardzo prosta- mnich żyje z tego, co dostanie od innych. Przygotowywane są więc rzeczy, których chłopcy potrzebują, a wierni mogą je kupić i wręczyć. W wiaderkach znaleźć możemy wszystko, od jedzenia, po środki czystości, przez tkaniny, na papierze toaletowym kończąc. A wiernych nie brakuje, mnisi także nie chodzą głodni. Może jest to przepis na doskonałe relacje między wiernymi a instytucją kościelną?

Dary, które można kupić dla mnicha. W wiaderkach znajdują się najpotrzebniejsze rzeczy.

Wierni w świątyni. Chiang Mai

Następnego dnia spotkaliśmy się ze słoniami w ośrodku Baan Chang Elephant Park. Szczerze uwielbiam te zwierzęta! Są niesamowite- ogromne, a jednak czuć od nich tę potulność. I wielkość jednocześnie. Łatwo zapomnieć, że jest to kilkutonowe zwierzę, które w kilka sekund złamie nam kark. Tego dnia całkowicie o tym zapomnieliśmy. Oko w oko ze słoniem stanęłam już w Indiach, 6 lat temu, ale było to zupełnie inne doświadczenie. Na jeden dzień staliśmy się uczniami Mahout i jego pomocnikami przy opiece nad słoniem.

Po kilkugodzinnym kursie i karmieniu słoni uczyliśmy się na nie wsiadać. Hola, hola- to nie jest takie łatwe! Jeździliśmy bezpośrednio na plecach, co nie tylko daje niesamowite uczucie, ale i nie męczy kręgosłupa jak ławka montowana na słoniu dla leniwych turystów (no i wygląda kretyńsko). Ciekawostką są tu też niebieskie uniformy, które każdy dostaje na wejściu. Chodzi o nic innego, jak przekonanie słonia, że codziennie wracają do niego te same (bądź posobne) osoby. Całkiem sprytne oszustwo. Słoń czuje się bezpiecznie w środowisku, które zna, dlatego tak ważna jest rola Mahou, który powinien pozostać z nim przez całe życie.

Pierwsze próby wskoczenia na słonia.

Pierwsze próby wskoczenia na słonia.

Nauczyliśmy się też kilku komend: idź, skręć w lewo i prawo, stój i usiądź, tyle, że po tajsku. Co ciekawe, słonie faktycznie reagowały a nasze komendy, bo przez przypadek skierowałam słonia w złą stronę i o mały włos nie wpadliśmy w krzaczory. Na szczęście nasz birmański przyjaciel (Mahout, widoczny na kilku zdjęciach, stojący nad nami z kijem) był obok 😉

Jeden z podopiecznych Baan Chang podczas karmienia

Baan Chang

Baan Chang.

Każdy ze słoni ma swojego opiekuna. W tej chwili wszyscy pochodzą z Birmy; Tajowie w mniejszym stopniu dbają o te zwierzęta (o czym świadczyć może ilość cyrków z udziałem słoni). Mahout (opiekun słonia) spędza z nim niemal całą dobę, bo musi do doglądać jeszcze podczas snu. Słuchanie o nawykach słoni było cudowną przygodą. Po obiedzie wsiedliśmy na nasze słoniki i poszliśmy na wycieczkę. Dużo zabawy, sporo strachu, ale i niezwykłe uczucie: to jakby siedzieć na balkonie na pierwszym piętrze, który się porusza. No i dodatkowo boli tyłek.

Baan Chang

Komendy w praktyce 🙂 Baan Chang

Widok ze słonia.

Widok ze słonia.

 

Ostatnim elementem była wspólna kąpiel ze zwierzakami. Ośrodek Baan Chang polecamy w 100%. Świetna organizacja, sympatyczni ludzie, charyzmatyczny i oczywiście smaczne jedzenie 🙂

Warto tu też wspomnieć, że takie ośrodki to już w Tajlandii ewenement. Choć kraj kojarzy się z tymi zwierzętami, to ich żywot tam nie jest łatwy. W wielu miejscach są one wykorzystywane do pracy bądź durnych rozrywek turystycznych. I nie mówię, że robiłam coś ekstremalnie dobrego wsiadając i zsiadając z tych słoni. Mam jednak poczucie, że wybrałam najlepsze miejsce do tego, aby je poznać i poczuć. Inne oblicze słoni w Tajlandii możecie zobaczyć TUTAJ. Należy więc dobrze poznać strategię ośrodka, zanim się go odwiedzi. Słonie żyją z pieniędzy turystów, ale ich opiekunowie (bądź oprawcy) także, o czym warto pamiętać.

Słonie w Baan Chang często pochodzą z miejsc, gdzie działa im się krzywda. Są tam 2 słonie, do których nie można podchodzić, bo są zbyt agresywne. Opiekunem jednego z nich jest chłopak wyglądający jak Rambo z Birmy. Mahou dobierani są do słoni pod względem charakteru i to bardzo widać. Nasz kolega był tak samo kapryśny jak jego słonica, która zawsze wybierała inną ścieżkę niż wszystkie słonie (zawsze tą nie uklepaną).

Ostatni etap – kąpiel.

 

0

Lot do Tajlandii z przesiadką w Doha

Tym wpisem zaczynam przelewanie tajskich wspomnień na klawiaturę. Podróż była tak długa i tak obfita w przygody, że nie sposób było nie poświęcić jej całego wpisu.

Do Tajlandii lecieliśmy liniami Qatar Airlines, z Warszawy do Bangkoku, z 15-sto godzinną przesiadką w stolicy Kataru- Doha. Klientów tej linii pewnie to nie dziwi, bo niemal wszystkie ich loty kończą się bądź zaczynają właśnie w Doha.

Warszawskie lotnisko.

Pierwszy lot odbył się mniejszym samolotem A320. Jeszcze podczas bookowania biletów najwięcej czasu zajęło nam wybranie menu, bo lista była imponująca. Samych wersji wegetariańskich było ok. 10. Ja wybrałam menu wegetariańskie orientalne, Programista nie wybrzydzał- wziął to co dają- menu podstawowe. Na nic się jednak zdały te wybory, bo już na wejściu przepraszają za brak wszystkich opcji. Fakt- była podstawowa i wegańska. Może i powinna pisać o innych aspektach lotu, ale jedzenie było dla mnie najważniejszym elementem lotu i niestety nie okazało się godne zapamiętania. Niewyraźne smaki i małe porcje. Uwaga– tylko w Qatar Airlines wegetarianie otrzymują 2/3 porcji. Widocznie deser zawierał śladowe ilości mięsa.

PS. Programista dodałby jeszcze, że monitorki były rozpikselowane, a słuchawki to w ogóle były do d***.

Alkohol oczywiście był i nikt go nie żałował, co dla niektórych pasażerów skończyło się dość niewyraźnie. Czekaliśmy na jakąś interwencję policji, zamieszanie, media… Niestety, qatarczycy takie wybryki pijanych polaków chyba nie pierwszy raz widzieli i postanowili tego nie dotykać. Szkoda, w końcu mieliśmy aż 15 godzin…

Jako jedyni z samolotu zdecydowaliśmy się nie brać hotelu, tylko ruszyć w miasto. Zdziwiło to nawet panią w punkcie informacji, która powiedziała, ze o północy wszystko w Qatarze jest zamknięte.

Kantory były zamknięte, więc wybraliśmy 100 riali (niemalże 1 do 1 ze złotówką), za kolejne 200 kupiliśmy 2 wizy i ruszyliśmy przez siebie. Oczywiście na pieszo, bo taksówka kosztowała 50 riali, a to przecież połowa naszego budżetu…. no way!

Szliśmy i szliśmy, a taksówy trąbiły i trąbiły. Ogółem przeszliśmy jakieś 17 kilometrów. Niby nic się w tym czasie nie działo, a mogliśmy sporo zaobserwować. Pierwszy raz byliśmy w muzułmańskim kraju i nie bardzo wiedzieliśmy jak się zachować. Nie chodziłam oczywiście kilka metrów za Programistą jak tamtejsze kobiety, ale początkowo trzymaliśmy spory odstęp. Niewiedza budzi strach, nic nowego.

W jedynym otwartym „pubie” wypiliśmy herbatę z miętą. Byłam tam jedyną kobietą, ale bywalcy miejsca nie zwracali na mnie uwagi- byli zafrapowani swoimi kartami, kośćmi, grami i oczywiście herbatą. No i jest imprezka! Jedliśmy też w fast-foodzie dla robotników (jedyna otwarta jadłodajnia na jaką trafiliśmy).

Rano odwiedziliśmy pobliski supermarket i zjedliśmy samosy w hinduskim barze. W sklepie kupiliśmy tylko rzeczy na już, bo niemal wszystko było z importu! Choć ceny były zbliżone do polskich, nie mogliśmy znaleźć nic, co byłoby produkowane w Qatarze. nawet rogaliki w piekarni były francuskie.  Tożsamości kraju z pewnością nie znaleźliśmy z sklepie spożywczym.

Czy ten spacer był warty 200zł? My nie żałowaliśmy, choć znacznie podwyższyło to koszt herbaty. W końcu oszczędziliśmy te pieniądze na hotelu 🙂 Resztę nocy spędziliśmy na lotnisku. To było ciężkie 15 godzin. Wsiedliśmy w samolot 777-300ER i polecieliśmy dalej.

Ciekawostka- jeżeli bookujecie hotel przez stronę linii lotniczych Qatar, wizę macie „za darmo”.

Doha o północy.

Przesiadka w Doha. Muzeum Narodowe (przynajmniej tak wynikało z mapy…)

Tak, to właśnie jest Doha.

Przesiadka w Qatarze.

Qatar za dnia

Qatar za dnia