9

Ile kosztuje wyjazd do Japonii i jak sprawić, by był on tani?

Powszechnie uważa się, że wyjazd do Japonii jest bardzo drogi. Czy do końca jest to prawda? Co tak naprawdę jest drogie w Japonii? Jakie są ceny biletów? Ile kosztuje nocleg w Japonii czy ile trzeba zapłacić za dobre sushi w Tokyo? Czy kupowanie pamiątek w Japonii pochłania fortunę? Co jest drogie, a co tanie w Japonii? Ile kosztuje lot do Japonii? Ile dziennie wydaje się w Japonii? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć w niniejszym artykule. Podpowiem także jak obniżyć koszty wyjazdu do Japonii i sprawić, by wakacje w Japonii były tanie. Ceny w Kraju Kwitnącej Wiśni są bardzo zróżnicowane, dlatego zdradzę także kilka trików na tanie podróżowanie po Japonii.

Wyjazd do Japonii na dwa tygodnie to póki co najdroższa wyprawa w naszym życiu. Należy jednak pamiętać, że z reguły podróżujemy jak najtańszym kosztem, nie przypadkiem ten blog nazywa się BACKPAKUJE ;) Podróże backpakerskie są nie tylko tanie, ale i bardzo ciekawe, ale nie o tym dzisiaj. Dziś o tym drogim kraju, który można zwiedzić znacznie taniej niż mogłoby się wydawać.

cena sushi w japonii

Sushi w Japonii (ok. 30 zł)

Czytaj dalej

4

Najstraszniejsza restauracja tematyczna w Tokyo – Alcatraz ER.

Japonia znana jest z wszelakich lokali tematycznych. Drinka można wypić w restauracjach: robotów, wojowników Ninja, Sumo Samurajów, Alicji z Krainy Czarów i wielu innych. Można też popijać herbatę głaszcząc kota, królika czy sowę. Niemal każdy znajdzie rozrywkę skrojoną pod własną pasję. My na jeden z tokijskich wieczorów wybraliśmy restaurację Alcatraz ER, która stanowi połączenie szpitala psychiatrycznego z więzieniem.

Alcatraz Tokyo

Restauracja tematyczna w Tokyo – Alcatraz.

Czytaj dalej

1

Najlepsze tofu na świecie – Kyoto

Od wielu lat jestem na diecie wegetariańskiej, dlatego tofu jest mi dobrze znane: w każdej postaci, odsłonie i kombinacji smakowej. Tofu ma jedną wadę, która jednocześnie jest jego zaletą – jest całkowicie pozbawione smaku. Przy odrobinie kreatywności można jednak wyczarować z niego kulinarne cuda, dlatego często gości na moim stole. A jak ser z soi smakuje w Japonii?

tofu w japoni

Dania z tofu w restauracji Yudofu Sagano w Kyoto

Czytaj dalej

2

Pakowanie do Japonii – co ze sobą zabrać?

Jeśli wybieracie się na wycieczkę do Japonii, to jesteście w dobrym miejscu. Podpowiem tutaj co spakować do Japonii, czego nie znajdziecie w japońskich sklepach (lub będzie znacznie droższe) i warto zabrać to z domu, o czym pamiętać pakując się do Japonii, jaki bagaż sprawdzi się najlepiej i co najważniejsze – czego nie można zabierać do Japonii. Oto lista najważninejszych rzeczy, które warto zabrać do Japonii!

Pakowanie na dłuższy wyjazd to zawsze ważny temat, bo od tego może zależeć komfort naszej podróży. Choć pewne rzeczy niezależnie od kierunku wyjazdu znajdują się w moim plecaku, to do Japonii należy zabrać (lub wręcz przeciwnie – nie brać!) kilka rzeczy. Pakowanie do Azji nie jest trudne, ale trzeba przestrzegać kilku zasad – długi lot, inny kontynent i zupełnie odmienny styl podróżowania – to wszystko przemówiło za tym, że napisałam kilka słów o tym, co zabrać do Japonii.

Pisałam już o pakowaniu się do Indii, więc tak też warto zajrzeć, w końcu to także Azja.

plecak do japonii

Pakowanie do Japonii – co zabrać?

Czytaj dalej

2

Jak się przygotować na wyjazd do Japonii?

Podróż do Japonii była zawsze moim marzeniem. W końcu udało się i w październiku 2015 roku spędziłam intensywne 2 tygodnie w tym kraju. Sporo widziałam i wiele się nauczyłam, dlatego postaram się teraz jak najlepiej Wam to przedstawić, podpowiadając jak się przygotować, jakie miasta w Japonii odwiedzić, co zobaczyć, o czym pamiętać itp. Zaczynamy od samych przygotowań, czyli o czym należy pamiętać przed wycieczką do Japonii?

Lot do Japonii

Lotnisko w Dusseldorfie.

Czytaj dalej

3

15 rzeczy, które musisz zabrać na wyprawę do Indii

Namaste!

Jeśli zastanawiacie się nad wyjazdem do Indii, lub jeśli już macie bilety do tego kraju i zastanawiacie się co spakować do Indii, to jesteście w doskonałym miejscu. Z tego artykułu dowiecie się, co należy zabrać ze sobą do Indii, jak przygotować się do wyjazdu do tak odległego kraju, co jest trudno dostępne w Indiach i warto zabrać to ze sobą, a także podpowiem, czego do Indii nie warto brać, bo można to kupić na miejscu. Moje doświadczenie podpowie Wam także, jaki plecak jest najlepszy do Indii i czy przydadzą się wam tabletki na malarię. Wszystko o pakowaniu do Indii w jednym miejscu, zapraszam!

W Indiach byłam 3 razy. Kocham ten kraj i jednocześnie nienawidzę, ale z pewnością wiem co jest tam niezbędne i co (mniej lub bardziej) przydało się podczas każdej wyprawy. Niezależnie od tego, czy jedziecie do Mumbaju, do hotelu Taj Majal Palace, do podrzędnego hoteliku czy do speluniarskiej budy- przeczytajcie poniższe podpunkty i spakujcie te rzeczy do Indii.

Pierwszy etap pakowania

Co spakować do plecaka do Indii?

Czytaj dalej

2

Moje podsumowanie podróżnicze 2014

Podsumowanie podróżnicze 2014

Podsumowanie podróżnicze 2014

Grudzień zawsze zachęca do podsumowań. Nie wiem co znajduje się na Waszej liście i co sprawia, że dany rok uważacie za udany, ale w moim wypadku z pewnością są to zmiany. Oczywiście, uwielbiam zmiany na lepsze, ale każdy ruch jest swego rodzaju dobry. A ten najprzyjemniejszy to rzecz jasna podróże. Dziś zapraszam do mojego, podróżniczego podsumowania roku 2014!

Rok 2013 zakończył się niezapomnianą podróżą do Tajlandii, dlatego początek roku spędziliśmy z Programistą raczej na zmianach w życiu prywatnym (zmiana adresu) i zawodowym (oboje rozstaliśmy się z firmą hiszpańską i znaleźliśmy nowe wyzwania). Pół roku bez podróży to jednak zbyt dużo, dlatego następne 6 miesięcy wyglądało znacznie lepiej, co widać poniżej.

Czytaj dalej

0

Wszystko co dobre zaczyna się i kończy w Bombaju.

Ostatnim punktem na mapie naszej podróży był Bombaj (Mumbaj  czy nawet Mumbai). Już przy lądowaniu samolotu widać ogromne obszary slumsów. Małe, blaszane budki z kolorowymi dachami kumulują się przy miejskich wysypiskach śmieci, których w Bombaju nie brakuje. Bieda miesza się tu z bogactwem, a granica między nimi jest ogromna (choć w wymiarze geograficznym niemal nie istnieje). Przy najsławniejszym hotelu Indii- Taj Hotel, który gości największe sławy tego świata mieszkają tysiące hindusów żyjących w skrajnym ubóstwie, a jedyne co ich łącz to ten sam widok na Bramę Indii.

W Bombaju warto zatrzymać się przy ulicznych straganach z jedzeniem, bo to miasto posiada swoje własne menu. Niekoniecznie wyszukane potrawy (takie jak grillowane kanapki czy buka z ziemniakiem) smakują tu wyjątkowo dobrze i naprawdę warto się na nie skusić.

Naszą główną atrakcją były zakupy- niestety, ale większość pamiątek zostawiliśmy na ostatni przystanek. Poza tym nieustannie padało, co nie służyło spacerom (nie obeszło się też bez zakupu parasoli). Tu też dostępny jest alkohol.

San Rukh Khan we własnej osobie.

San Rukh Khan we własnej osobie.

Deszczowy Bombaj.

Deszczowy Bombaj; widok spod Bramy Indii.

Byliśmy tu chwilę, bo niecałe 3 dni. Tak stęsknieni za brakiem deszczu, brakiem hindo-zapachu, tego pośpiechu i potrawami bez curry- pojechaliśmy na lotnisko. Wejście na jego teren to jakby stanięcie jedną nogą w Europie. Jest klima, jest czysto i ładnie pachnie. Swoją drogą, było to najładniejsze lotnisko na jakim byłam.

Na koniec wstępuje punkt OBOWIĄZKOWY powrotu z Indii, niemalże obrządek, konieczny do pełnego powrotu. Wyciągamy z plecaka szczelnie zapakowane kosmetyki, ręcznik i świeże ubrania (najlepiej takie zakupione dzień wcześniej, te o krojach europejskich (są tam znacznie tańsze)) i w łazience dokonujemy transformacji!! Wchodzisz jako brudny, hinduski turysta, a wychodzisz jako szczęśliwy i pachnący europejczyk. Niby nic, a banan na twarzy gwarantowany!!

Międzynarodowe lotnisko w Bombaju.

Międzynarodowe lotnisko w Bombaju.

Takie właśnie były Indie po raz trzeci.

0

God’s own country- długa podróż do Kerali.

Na drugą część wakacji wybraliśmy Keralę. Miałam okazję być w tym rejonie 7 lat temu i ta wizyta pozostawiła bardzo pozytywne wspomnienia. Chciałam wrócić.

Kerala. Źródło: rightindiatravels.in

Kerala. Źródło: rightindiatravels.in

Powrót nieco utrudniły nam linie lotnicze, które zmieniły harmonogram lotów i- z pozoru- prostą trasę maksymalnie wydłużyli (zarówno czasowo jak i odlegościowo). 3 loty i niemal 2 dni lotu, z nocnym przystankiem w Kalkucie, wykorzystanym na kolację w Blue Sky Cafe, do którego zawsze miło (i smacznie) się wraca.

Jak w tytule, Kerala nazywana jest krajem samego Boga. Jest to jeden z bardziej deszczowych miejsc w Indiach, co przekłada się na względny dobrobyt keralczyków- żyje się tu z rybołówstwa, uprawy ziół i orzechów i oczywiście turystyki. Turyści jednak nie zawsze są biali- tu spotkamy klasę średnią mieszkańców Indii, którzy przyjeżdżają tu jeszcze chętniej w czasie monsunów (czyli wówczas gdy byliśmy), bo nie tylko widoki, ale też ceny są atrakcyjne. Temperatura wody nie ma dla nich większego znaczenia, bo nikt nie ma w zwyczaju paradowania po plaży w skąpym bikini; do wody też się zresztą nie wchodzi (a jak już, ubranym od stóp do głów). Kerala jest też mniej popularna wśród białych turystów niż Goa, którą najbardziej upodobali sobie sąsiedzi Rosjanie, zatem Kerala wygrywa bezkonkurencyjnie.

W lipcu jest tu niewiele odwiedzających, dlatego nie wszystkie noclegownie są w tym czasie otwarte, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Po wylądowaniu w Thiruvananthapuram (o tak, wymówcie to na lotnisku, co pracownicy linii lotniczych przyjmują z uroczym śmiechem!!!) wzięliśmy rikszę do Kovalam, które znane jest z szerokiej plaży oświetlanej przez latarnię morską. Turystów jak na lekarstwo- cudnie!

Czarna plaża w Kovalam

Czarna plaża w Kovalam

Tutaj nie mieliśmy już żadnych planów, poza samolotem do Bombaju, zabookowanym na 5 dni później. Tu chcieliśmy zostać 1 noc, ale przez problemy zdrowotne, które dopadły większość grupy- przedłużyliśmy swój pobyt (cholerne samosy z ulicy w Varanasi!!!!). Nikt nie żałował, było spokojnie i pięknie. Chłopcy wybrali się też do pobliskiego portu rybackiego, by pobyć chwilę w centrum keralskiego zgiełku, przy zapachu rybich wnętrzności. Ja chorowałam w hotelu.

Port rybacki i targ rybnych

Port rybacki i targ rybnych

Drogę do Warkali przebyliśmy rikszą- 3 godziny ścisku z plecakami na kolanach. Ja czułam się znacznie lepiej, ale choroba dopadła innego z współpodróżnych i tak podróż musiała być istną męką. W Warkali przeszliśmy kilka hoteli, z których większość była zamknięta. Wybraliśmy mały domek murowany przy klifie. Domek wynegocjowaliśmy za 1.000Rs za noc, kiedy w sezonie kosztuje on 6.500Rs!

Noclegownia w Warkali

Noclegownia w Warkali

Wioska jest niemal martwa w tym czasie. Pracują tu głównie Tybetańczycy, więc oferta kulinarna jest bardzo różnorodna (nikt nie potrafił jednak wyjaśnić, czemu najpopularniejsza jest tam kuchnia tajska). Było smacznie, choć drogo- co dotyczy całej Kerali. Piwo też jest droższe i bardzo trudno dostępne (w restauracji puszka na wynos kosztowała 10zł, sprzedana tylko dzięki ingerencji właścicielowi naszego hotelu). Turystów mniej niż pracowników w barach. Trudno się nie zakochać.

Klif w Warkali

Klif w Warkali

Ostatnim miejscem na naszej keralniej drodze jest Kochi- duże miasto portowe znane z charakterystycznych, chińskich sieci rybackich. Tutaj też zdecydowaliśmy się na podziwianie backwaters. Początkowo myśleliśmy o wynajęciu prywatnej łódki na całą dobę i przemierzanie kanałów z kucharzem na pokładzie. Zrezygnowaliśmy, bo budowano most na trasie, więc trasa do Kochi była zamknięta. Odstraszała nas też cena i myśl o widoku skaczących wokół nas hindusów- zawsze napawa nas to większym żalem do siebie i odbiera przyjemność z podróżowania. Wybraliśmy więc wycieczkę kilkugodzinną, grupową, po ustalonej trasie. Z braku turystów, na pokładzie były 3 osoby- my i gruba Niemka. Podróżowanie po sezonie jest cudne, nawet gdy pada.

Backwaters

Backwaters

Backwaters

Backwaters

Obiad na wyspie (5 lat temu menu było niemal identyczne!)

Obiad na wyspie (5 lat temu menu było niemal identyczne!)

Zielony pieprz

Zielony pieprz

 

Nawet monsunowe opady nie przeszkodziły w podziwianiu życia autochtonów tych maleńkich wysepek: zarzucają sieci z niewielkich łódeczek, łowią nie tylko ryby, ale i muszle do produkcji wapna murarskiego; inni produkują liny z kokosów, które miesiącami leżakują w wodzie. W ogrodach między kanałami uprawiają pieprz, kurkumę, ananasy i gałkę muszkatołową. Kilkugodzinna podróż łódką odpychaną bambusowym kijem przerywana jest znakomitym obiadem złożonym z tutejszych przysmaków, podanym na liściu bananowca. Pycha!

W Kochi znacznie bardziej niż w poprzednich miejscach widać przenikanie się religii. Chrześcijanie, Muzułmanie i wyznawcy Hinduizmu żyją tu w zgodzie, a efektem tej wieloreligijnej mieszanki jest bardzo duże natężenie świąt (a w Indiach przecież wszystko odnosi się do wierzeń). Kościoły katolickie to oczywiście pamiątka po Portugalczykach, którzy wprowadzili tu swoje porządki, ale z braku funduszy- wycofali się z tych ziem- zakładam, że do dziś plują sobie w brodę ;) Codziennie rano budziły nas obrządki którejś z religii i piejący pod oknem kogut. Na walący w szyby monsun już nie zwracaliśmy uwagi.

Nie mogliśmy opuścić Kerali bez skorzystania z tutejszego masażu, wykonywanych w ramach systemu medytacji Ayurveda, w ramach którego oferowanych jest wiele rodzajów masażu: od relaksacyjnych, przez rozciągające po te naprawdę bolesne. Chłopaki wybrali masaże klasyczne, relaksacyjne, ja się pomyliłam przy zamówieniu i wzięłam masaż rozbijający mięśnie. Ból to mało powiedziane. Była to jakby inna odmiana masażu tajskiego, po kilku minutach trzeba po prostu „wyluzować” bo ból trwa i trwa. Po 20 minutach można go nawet polubić. Męki skróciłam na korzyść masażu głowy wykonywanego olejkami, który jest tutejszą specjalnością, a którego chciałam spróbować. Jest to dość dziwne uczucie, bo przypomina nieco tortury. Przyjemny, ale szybko nudzi.

Źródło: ayurvedaresortindia.com

Źródło: ayurvedaresortindia.com

Mój masaż wyglądał prawie identycznie! Z tą różnicą, że:

– pomieszczenie wyglądało jak połączenie sali zbrodni i stodoły;

– masażystka miała jakieś 70 lat i po stanie jej dłoni wnioskuję, że pracowała na roli;

– zamiast bikini miałam na sobie tonę olejku po poprzednim masażu.

W pakiecie była też kąpiel wykonywana przez panią. Bardzo dziwne uczucie.

Jedliśmy, piliśmy (nie, nie to co myślicie- tu jest prohibicja!) i kupowaliśmy przyprawy. No i mokliśmy nieprzerwanie. Pojechaliśmy na lotnisko i polecieliśmy do Bombaju. Tradycyjnie, kilka fociaków:

Obiad w Kovalam

Obiad w Kovalam

Droga do Kochi

Droga do Kochi

Ryba po keralsku (w liściu babanowca i kokosie)

Ryba po keralsku (w liściu babanowca i kokosie)

Boisko w Kochi, na którym jednocześnie odbywało się 5 meczy

Boisko w Kochi, na którym jednocześnie odbywało się 5 meczy

Pan kierowca

Pan kierowca

Taksówka między wyspami

Taksówka między wyspami

Najpyszniejsze tosty na świecie ;)

Najpyszniejsze tosty na świecie ;)

Obowiązkowa wizytya w McDonaldzie (Mc Veggie itp.)

Obowiązkowa wizytya w McDonaldzie (Mc Veggie, Mc Spicy Panner itp.)

Woda kokosowa

Woda kokosowa

Główna atrakcja na plaży w Warkali- Biały z Europy

Główna atrakcja na plaży w Warkali- Biały z EuropyW

0

Obłęd Wanarasi

Wanarasi, czyli dawny Benares nazywany jest najbardziej obłąkanym miastem świata. Ja wiem, że jest jednym z najgorszych w jakim byłam (najgorszy jest zdecydowanie Hyderabad, oczywiście też w Indiach). Jest tu brudniej i śmierdzi bardziej niż gdziekolwiek indziej w Indiach. Tu też się umiera i to z wielką przyjemnością.

Benares- najbardziej chaotyczne miejsce na świecie, a zwane świętym.

Benares- najbardziej chaotyczne miejsce na świecie, a zwane świętym.

Każda wąska uliczka wygląda niemal tak samo

Każda wąska uliczka wygląda niemal tak samo

Benares po zachodzie słońca

Benares po zachodzie słońca

Choć miasto liczy ponad 3 miliony mieszkańców, to to, dlaczego przyjeżdżają tu tysiące turystów i miliony hindusów zamyka się między kilkoma wąskimi uliczkami a świętą rzeką Ganges. Waranasi z pewnością jest jednym z najstarszych miast świata, a przez Hindusów jest ono bezdyskusyjnie najstarszą zamieszkałą osadą na świecie. Jest to też miejsce pełne tych wściekłych małp(iszonów).

Ganges jak i całe miasto uważane jest za święte, dlatego każdego dnia ściągają tu tłumy pielgrzymów mających na sobie ubrania w kolorze szafranu. Przyjeżdżają też tacy, którym zostało kilka dni życia, bo tylko spalenie na ghatach przy rzecze może Hindusów wyzwolić z kręgu reinkarnacji, a do tego własnie dążą. Jako, że spalenia można dokonać maksymalnie 2 dni od stwierdzenia zgonu, obywatele Indii przywożą tu słabszych członków rodziny i wspólnie czekają na śmierć.

Spalenie nie następuje przez skremowanie zwłok; wygląda to bardziej jak nasze ognisko- na ciało nakłada się kilka kilogramów drewna i zgodnie z przyjętym obrządkiem podpala. Członków wyższych kast stać na pięknie pachnące, drewno drzewa sandałowego. Biedniejszym zostaje pył z tego drzewa, którym posypują deski. Pochodzenie ma także znaczenie przy wyborze miejsca i godziny pogrzebu. Najwyższa kasta ma do dyspozycji najwyższe miejsce przy świętym ogniu i może pożegnać bliską osobę po zachodzie księżyca (zwłoki palone są 24/h dobę), kiedy biedniejszym zostaje pogrzeb w pełnym słońcu, na najniższych partiach gath.

Ghaty od strony rzeki.

Ghaty od strony rzeki.

Życie codzienne przy Gangesie

Życie codzienne przy Gangesie

W pogrzebie uczestniczą tylko mężczyźni; kobiety nie panują nad emocjami i płaczą, a nie powinno się zwłok polewać łzami. Faktem jest też to, że kobiety rzucały się do ogniska, bo los wdowy nie jest tu niczym czego można zazdrościć. Kobiety zostają w domu, a na wsiach dodatkowo zaprasza się płaczki, które zapewniają oprawę muzyczną. Przed pogrzebem, najbliższy męski członek rodziny goli sobie głowę i to on podpala drewno rozłożone nad ciałem. Tydzień później głowy golą wszyscy męscy członkowie rodziny zmarłej persony.

Po spaleniu prochy wrzucane są do Gangesu. Zdarza się jednak tak, że nie całe ciało się spali i zostaną fragmenty ciała (dotyczy to szczególnie biedniejszych, którzy nie wykupią wystarczającej ilości drewna). Całość wrzucana jest do wody, więc nikogo nie dziwi widok płynącej po rzece ręki czy nogi ludzkiej. Na ewentualne kosztowności (pierścionki czy złote zęby) też znajdą się chętni, którzy nurkują w rzece z prochami wyławiając wartościowe przedmioty. Jak dodać do tego charakterystyczny, nieprzyjemny odór palonych zwłok i żar lejący się z nieba (40st.) to naprawdę robi się nieprzyjemnie.

W tej samej rzece co rano hindusi obmywają swoje ciało, myją zęby  piorą pranie- wszystko ma tu praktyczne zastosowanie.

5 grup ludzi nie może być spalonych:

  • dzieci,
  • kobiety w ciąży,
  • ukąszeni przez kobrę,
  • trędowaci,
  • świeci mężowie.

Ich ciała wywozi się na środek rzeki i wrzuca, z przymocowanym do nogi ciężarkiem (bambus czy kamień). Taki dziwny zwyczaj.

Niemniej jednak, Waranasi to też kilka pozytywnych aspektów- pyszne lassi w Blue Lassi, bar, w którym czułam realne zagrożenie mojego życia i mehendi, czyli tradycyjne malowanie henną- w moim przypadku była to dłoń. Upiększanie zewnętrznej części dłoni odbywało się w niewielkiej izbie- jedynej w tym lokum, a kobiecie towarzyszył mały chłopczyk, który umilał nam czas podczas czekania (a może to my jemu?). Cena za dłoń- 1000Rs (10zł).

Piwo drogie i z cukrem, a towarzystwo niezbyt ciekawe. Bar w Wanarasi.

Piwo drogie i z cukrem, a towarzystwo niezbyt ciekawe. Bar w Wanarasi.

Malowanie henną

Malowanie henną

Po malowaniu, w mieszkaniu "artystki", dzieciaczka i pewnie jeszcze kilku osób.

W mieszkaniu „artystki”, dzieciaczka i pewnie jeszcze kilku osób.

Efekt malowania.

Efekt malowania, po kilku dniach.

Tutaj rozstaliśmy się z grupą wolontariuszy, która pojechała do Nepalu (więcej o nich na stronie wAkcji). W 3 osoby pojechaliśmy na południe, z nadzieją na prawdziwie leniwe wakacje.