0

Agra w Indiach – co zobaczyć, co jeść, co tam robić?

Nocny pociąg do Agry był zdecydowanie wygodny. Leżanki miały nawet pościel, choć znacznie lepiej sprawdził się kocyk Turkish Airlines. Obudziliśmy się w Agrze, do której pojechać musi każdy, choć może nie koniecznie trzeci raz, tak jak się to mi przytrafiło.

I nie tylko miasto było to samo, hostel także niezmienny- Tourist Rest. Choć obsługa wciąż ta sama, to chyba europejczycy skrzywili smaki tubylców, bo potrawy są wybitnie niedoprawione, a „spisy” równa się ketchupowi łagodnemu z Łowicza. Tym razem przynajmniej nie było małp. Była za to imprezka na ulicy przed hostelem, na którą łatwo było się wprosić, a i biesiadnicy zaakceptowali moje towarzystwo. Choć tańce w grupie przepięknie ubranych kobiet trwały tylko kilka minut, to była to jedna z bardziej magicznych chwil, jakie pamiętam. Brakowało mi tylko sari, ale chyba nikomu to nie przeszkadzało! Poniżej filmik z rozpoczęcia pochodu i kilka nowych znajomości ;)

Symboliczne selfie na koniec wspólnej zabawy.

Symboliczne selfie na koniec wspólnej zabawy.

Kobiety i mężczyźni tańczyli na zmianę, Tańczyłam z tą pierwszą grupą, więc niestety nie udało się tego uwiecznić, ale taniec panów pokazuje poniekąd skalę energii hinduskiej :)

Fiesta to oczywiście zdarzenie przypadkowe, bo do Agry jedzie się podziwiać majestatyczny Taj Mahal (ale żeby 3 razy?!). Przed wejściem trwa bardzo szczegółowy przegląd torebek, kieszeni i nogawek. Zabierane są rzeczy niebezpieczne; nam skonfiskowano: 3 duże paczki gum Orbit i 2 batoniki wielozbożowe. Szkoda, bo to jednak sporo gum.

Do Taj Mahal poszliśmy na wschód słońca, który ostatecznie przespaliśmy na białym marmurze, w cieniu grobowca. Nocne Polaków rozmowy noc przed odbiły się głośnym echem na tym poranku; tym  bardziej bez tych gum!

IMG_6169

Przeprawa przez Taj Mahal

Nieopodal znajduje się Red Fort (oni uwielbiają jednokolorowe formy!) tam byliśmy przed zachodem, więc też było bardzo przyjemnie i niemal pusto- a to w tym przeludnionym kraju przeogromna zaleta! Bilet do obu miejsc to koszt 1050Rs (50 mniej, gdy zwiedzamy je w jednym dniu). Na zdjęciu niewiele jest tego red, ale zdarzały się też budynki z czerwonej cegły, więc wszystko jest, jak być powinno.

Widok z Red Fort na Taj Mahal.

Widok z Red Fort na Taj Mahal.

 W wolnym czasie wybraliśmy się w poszukiwaniu bazarku, gdzie moglibyśmy się zaopatrzyć w lokalne szpargały. Po 2 dniach poszukiwania okazało się, że takiego nieco turystycznego miejsca nie ma, są tylko miejsca przeznaczone na zakupy dla lokalnych. Choć niewiele można tam kupić (przeważa niskiej jakości chińszczyzna) to wrażenia są nieocenione, szczególnie dla takich włóczykijów jak my. Obfotografowaliśmy się z lokalnymi dzieciakami, wypiliśmy wodę z kokosa, zjedliśmy samosy, kupiliśmy menażkę (efekt filmu The LunchBox) i jedno z nas skorzystało z usług lokalnego fryzjera! Była brzytwa, był masaż głowy, duma usługodawcy i podziw całej ulicy!!! Programista został wpuszczony przed innych klientów, a ja traktowana byłam z najwyższymi honorami- przyniesiono mi ławkę, bym nie musiała stać. Te momenty, gdy nie ma wspólnego języka i uśmiech zastępuje wszystko!

Dzielnica z bazarkiem.

Kamienica przylegająca do salonu.