0

God’s own country- długa podróż do Kerali.

Na drugą część wakacji wybraliśmy Keralę. Miałam okazję być w tym rejonie 7 lat temu i ta wizyta pozostawiła bardzo pozytywne wspomnienia. Chciałam wrócić.

Kerala. Źródło: rightindiatravels.in

Kerala. Źródło: rightindiatravels.in

Powrót nieco utrudniły nam linie lotnicze, które zmieniły harmonogram lotów i- z pozoru- prostą trasę maksymalnie wydłużyli (zarówno czasowo jak i odlegościowo). 3 loty i niemal 2 dni lotu, z nocnym przystankiem w Kalkucie, wykorzystanym na kolację w Blue Sky Cafe, do którego zawsze miło (i smacznie) się wraca.

Jak w tytule, Kerala nazywana jest krajem samego Boga. Jest to jeden z bardziej deszczowych miejsc w Indiach, co przekłada się na względny dobrobyt keralczyków- żyje się tu z rybołówstwa, uprawy ziół i orzechów i oczywiście turystyki. Turyści jednak nie zawsze są biali- tu spotkamy klasę średnią mieszkańców Indii, którzy przyjeżdżają tu jeszcze chętniej w czasie monsunów (czyli wówczas gdy byliśmy), bo nie tylko widoki, ale też ceny są atrakcyjne. Temperatura wody nie ma dla nich większego znaczenia, bo nikt nie ma w zwyczaju paradowania po plaży w skąpym bikini; do wody też się zresztą nie wchodzi (a jak już, ubranym od stóp do głów). Kerala jest też mniej popularna wśród białych turystów niż Goa, którą najbardziej upodobali sobie sąsiedzi Rosjanie, zatem Kerala wygrywa bezkonkurencyjnie.

W lipcu jest tu niewiele odwiedzających, dlatego nie wszystkie noclegownie są w tym czasie otwarte, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Po wylądowaniu w Thiruvananthapuram (o tak, wymówcie to na lotnisku, co pracownicy linii lotniczych przyjmują z uroczym śmiechem!!!) wzięliśmy rikszę do Kovalam, które znane jest z szerokiej plaży oświetlanej przez latarnię morską. Turystów jak na lekarstwo- cudnie!

Czarna plaża w Kovalam

Czarna plaża w Kovalam

Tutaj nie mieliśmy już żadnych planów, poza samolotem do Bombaju, zabookowanym na 5 dni później. Tu chcieliśmy zostać 1 noc, ale przez problemy zdrowotne, które dopadły większość grupy- przedłużyliśmy swój pobyt (cholerne samosy z ulicy w Varanasi!!!!). Nikt nie żałował, było spokojnie i pięknie. Chłopcy wybrali się też do pobliskiego portu rybackiego, by pobyć chwilę w centrum keralskiego zgiełku, przy zapachu rybich wnętrzności. Ja chorowałam w hotelu.

Port rybacki i targ rybnych

Port rybacki i targ rybnych

Drogę do Warkali przebyliśmy rikszą- 3 godziny ścisku z plecakami na kolanach. Ja czułam się znacznie lepiej, ale choroba dopadła innego z współpodróżnych i tak podróż musiała być istną męką. W Warkali przeszliśmy kilka hoteli, z których większość była zamknięta. Wybraliśmy mały domek murowany przy klifie. Domek wynegocjowaliśmy za 1.000Rs za noc, kiedy w sezonie kosztuje on 6.500Rs!

Noclegownia w Warkali

Noclegownia w Warkali

Wioska jest niemal martwa w tym czasie. Pracują tu głównie Tybetańczycy, więc oferta kulinarna jest bardzo różnorodna (nikt nie potrafił jednak wyjaśnić, czemu najpopularniejsza jest tam kuchnia tajska). Było smacznie, choć drogo- co dotyczy całej Kerali. Piwo też jest droższe i bardzo trudno dostępne (w restauracji puszka na wynos kosztowała 10zł, sprzedana tylko dzięki ingerencji właścicielowi naszego hotelu). Turystów mniej niż pracowników w barach. Trudno się nie zakochać.

Klif w Warkali

Klif w Warkali

Ostatnim miejscem na naszej keralniej drodze jest Kochi- duże miasto portowe znane z charakterystycznych, chińskich sieci rybackich. Tutaj też zdecydowaliśmy się na podziwianie backwaters. Początkowo myśleliśmy o wynajęciu prywatnej łódki na całą dobę i przemierzanie kanałów z kucharzem na pokładzie. Zrezygnowaliśmy, bo budowano most na trasie, więc trasa do Kochi była zamknięta. Odstraszała nas też cena i myśl o widoku skaczących wokół nas hindusów- zawsze napawa nas to większym żalem do siebie i odbiera przyjemność z podróżowania. Wybraliśmy więc wycieczkę kilkugodzinną, grupową, po ustalonej trasie. Z braku turystów, na pokładzie były 3 osoby- my i gruba Niemka. Podróżowanie po sezonie jest cudne, nawet gdy pada.

Backwaters

Backwaters

Backwaters

Backwaters

Obiad na wyspie (5 lat temu menu było niemal identyczne!)

Obiad na wyspie (5 lat temu menu było niemal identyczne!)

Zielony pieprz

Zielony pieprz

 

Nawet monsunowe opady nie przeszkodziły w podziwianiu życia autochtonów tych maleńkich wysepek: zarzucają sieci z niewielkich łódeczek, łowią nie tylko ryby, ale i muszle do produkcji wapna murarskiego; inni produkują liny z kokosów, które miesiącami leżakują w wodzie. W ogrodach między kanałami uprawiają pieprz, kurkumę, ananasy i gałkę muszkatołową. Kilkugodzinna podróż łódką odpychaną bambusowym kijem przerywana jest znakomitym obiadem złożonym z tutejszych przysmaków, podanym na liściu bananowca. Pycha!

W Kochi znacznie bardziej niż w poprzednich miejscach widać przenikanie się religii. Chrześcijanie, Muzułmanie i wyznawcy Hinduizmu żyją tu w zgodzie, a efektem tej wieloreligijnej mieszanki jest bardzo duże natężenie świąt (a w Indiach przecież wszystko odnosi się do wierzeń). Kościoły katolickie to oczywiście pamiątka po Portugalczykach, którzy wprowadzili tu swoje porządki, ale z braku funduszy- wycofali się z tych ziem- zakładam, że do dziś plują sobie w brodę ;) Codziennie rano budziły nas obrządki którejś z religii i piejący pod oknem kogut. Na walący w szyby monsun już nie zwracaliśmy uwagi.

Nie mogliśmy opuścić Kerali bez skorzystania z tutejszego masażu, wykonywanych w ramach systemu medytacji Ayurveda, w ramach którego oferowanych jest wiele rodzajów masażu: od relaksacyjnych, przez rozciągające po te naprawdę bolesne. Chłopaki wybrali masaże klasyczne, relaksacyjne, ja się pomyliłam przy zamówieniu i wzięłam masaż rozbijający mięśnie. Ból to mało powiedziane. Była to jakby inna odmiana masażu tajskiego, po kilku minutach trzeba po prostu „wyluzować” bo ból trwa i trwa. Po 20 minutach można go nawet polubić. Męki skróciłam na korzyść masażu głowy wykonywanego olejkami, który jest tutejszą specjalnością, a którego chciałam spróbować. Jest to dość dziwne uczucie, bo przypomina nieco tortury. Przyjemny, ale szybko nudzi.

Źródło: ayurvedaresortindia.com

Źródło: ayurvedaresortindia.com

Mój masaż wyglądał prawie identycznie! Z tą różnicą, że:

– pomieszczenie wyglądało jak połączenie sali zbrodni i stodoły;

– masażystka miała jakieś 70 lat i po stanie jej dłoni wnioskuję, że pracowała na roli;

– zamiast bikini miałam na sobie tonę olejku po poprzednim masażu.

W pakiecie była też kąpiel wykonywana przez panią. Bardzo dziwne uczucie.

Jedliśmy, piliśmy (nie, nie to co myślicie- tu jest prohibicja!) i kupowaliśmy przyprawy. No i mokliśmy nieprzerwanie. Pojechaliśmy na lotnisko i polecieliśmy do Bombaju. Tradycyjnie, kilka fociaków:

Obiad w Kovalam

Obiad w Kovalam

Droga do Kochi

Droga do Kochi

Ryba po keralsku (w liściu babanowca i kokosie)

Ryba po keralsku (w liściu babanowca i kokosie)

Boisko w Kochi, na którym jednocześnie odbywało się 5 meczy

Boisko w Kochi, na którym jednocześnie odbywało się 5 meczy

Pan kierowca

Pan kierowca

Taksówka między wyspami

Taksówka między wyspami

Najpyszniejsze tosty na świecie ;)

Najpyszniejsze tosty na świecie ;)

Obowiązkowa wizytya w McDonaldzie (Mc Veggie itp.)

Obowiązkowa wizytya w McDonaldzie (Mc Veggie, Mc Spicy Panner itp.)

Woda kokosowa

Woda kokosowa

Główna atrakcja na plaży w Warkali- Biały z Europy

Główna atrakcja na plaży w Warkali- Biały z EuropyW

Powiązane artykuły

Różowe miasto Jaipur Wstaliśmy bardzo wcześniej, dopakowaliśmy plecaki i dziarskim krokiem wyszliśmy z pokoju praskiego hostelu. Sprawdź datę na biletach- zasugerował Programista. No i oczywiście okazało się, że lot jest ...
Obłęd Wanarasi Wanarasi, czyli dawny Benares nazywany jest najbardziej obłąkanym miastem świata. Ja wiem, że jest jednym z najgorszych w jakim byłam (najgorszy jest zdecydowanie Hyderabad, oczywiście też w Indiach)....
15 rzeczy, które musisz zabrać na wyprawę do Indii Namaste! Jeśli zastanawiacie się nad wyjazdem do Indii, lub jeśli już macie bilety do tego kraju i zastanawiacie się co spakować do Indii, to jesteście w doskonałym miejscu. Z tego artykułu dowiecie ...
Wszystko co dobre zaczyna się i kończy w Bombaju. Ostatnim punktem na mapie naszej podróży był Bombaj (Mumbaj  czy nawet Mumbai). Już przy lądowaniu samolotu widać ogromne obszary slumsów. Małe, blaszane budki z kolorowymi dachami kumulują się przy m...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *