0

A jednak nadal ciepło

A jednak nadal ciepło

W weekend dużo spaliśmy i zajęliśmy się nicnierobieniem. Sobota to czynności konieczne, czyli sprzątanie i zakupy (poszły sobie pieniążki…). W niedzielę- co by się zupełnie nie rozleniwić- pojechaliśmy na wycieczkę. Wrzuciliśmy rowery do pociągu i wysiedliśmy na Principe Pio. Odkryliśmy park z dużym, miejskim jeziorem, po którym tradycyjnie pływały łódeczki. Pogoda dopisała bardzo, można było się opalać, co na dłuższą metę było bardzo męczące.

W parku było bardzo głośno za sprawą papug, takich małych zielonych (coś jakby podobne do szarego Emila). Urokliwe ptaki, dzięki któremu park wyglądał bardzo egzotycznie, szczególnie gdy dziobały ziarna razem z gołębiami. Ptaki pochodziły zapewne z Zoo mieszczącego się w tym parku. Jest tam także oceanarium i park rozrywki ekstremalnej, ale na to nas póki co nie stać 😉 (wejście do Zoo za 20E?).

Jednocześnie czekamy na przyjazd Rodziców i SS. Ustaliliśmy już przebieg wycieczki, zapowiada się interesująco. Tyle, że sprawdziliśmy pogodę na Ibizę… Deszcz zacznie padać dokładnie o godzinie naszego lądowania na wyspie, a przestanie jak będziemy ponownie wsiadać na pokład samolotu.

0

Spóźniony opis niedzieli

Spóźniony opis niedzieli

W niedzielę (już prawie tydzień temu) po nieudanej próbie pojechania do Walencji- pojechaliśmy pociągiem do pobliskiego miastezka Cercedilla. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zamiast spodziewanych pagórków zobaczyliśmy góry przykryte chmurami! No i wspinaliśmy się kilka godzin w górę, żeby później zejść w dół. Z naszą kondycją nie było to łatwe zadanie, aczkolwiek widoki jakie spotkaliśmy, wynagrodziły nam cierpienie 🙂

W poniedziałek jest jakieś święto i mamy wolne, więc ponownie spróbujemy pojechać na plażę do Walencji 🙂 Tym razem skorzystamy z innej stacji metra, żeby znowu nie trafić na fiestę na Plaza de Toros…

0

Jak hiszpańska fiesta może zepsuć plany (i humor)

Jak hiszpańska fiesta może zepsuć plany (i humor)

Ostatni weekend pracy zakończył się szybko i przyjemnie. W sobotę jeden z szefów żenił się, więc w piątek ( w godzinach pracy) poszliśmy wszyscy razem na basen i piwo. Był to dobry moment na zaprezentowanie współpracownikom polskiego dobra, jakim była Żubrówka. Polskim sposobem, każdy spróbował zmrożonej wódki prosto z butelki- i tak dokonał się podział na słowianinów i latynosów 🙂

Naszym planem na weekend była Valencia- najbliżej od Madrytu położone miasto nadmorskie. Chwilę po północy wyruszyliśmy w stronę metra z plecakami zawierającymi jedynie koc, stroje kąpielowe i ręczniki. Jak już pisałam, nasze metro mieści się na Plaza de Toro, gdzie akurat trwała jedna z wielu hiszpańskich fest.  Setki (a może i tysiące) ludzi znajdowało się na placu a spora ich część usiłowała kupić bilety na metro. To samo, które miało nas dowieść na stację. Tak to właśnie fiesta popsuła nasze plany- nie udało nam się wsiąść do metra na czas. Morze odłożyliśmy na następny weekend.

Aby nie tracić słonecznej (dzień jak co dzień) soboty, z samego rana wyruszyliśmy do muzeum sztuki współczesnej. Pozytywnie zaskoczył nas brak biletu dla studentów z UE. 2 z 4 pięter wystarczyły nam na jeden dzień, bo brzuchy burczały nam tak głośno, że nie mogliśmy się skupić na tym jakże wymagającym rodzaju sztuki. Aczkolwiek było tam sporo dzieł mojego ulubionego artysty- Dalego- te i kilka innych dzieł oglądało się z wielką przyjemnością. Odbyliśmy też długi spacer po madryckich uliczkach i kolejny raz zasmakowaliśmy kuchni hiszpańskiej (odkrywając bardzo przyjemną i smaczną, lokalną knajpkę). Wraz z Programistą stwierdziliśmy, że jest to naprawdę fajne miasto 🙂 Wracam do pracy, niebawem opiszę górską niedzielę.

0

Może o mieszkaniu słówko…

Może o mieszkaniu słówko...

Tak więc, mieszkamy w jednej z droższych tutaj dzielnic, która zwie się Salamanca. Jest to popularny rzut beretem od najpopularniejszej areny, gdzie odbywają się wali byków- Plaza de toro. A poza tym: jest kafejka internetowa prowadzona przez chińczyka i mały sklep z pustymi pułkami- prowadzony również przez chińczyka. Co ciekawe- tutaj chinczycy obsługują całą sieć drobnych sklepów i restauracji.  Za oknem mamy mały parczek, a tuż za małym parczkiem wieeeelką autostradę. I głośną. Do metra jest spory kawałek. Lokalizacja nie jest najlepsza, ale za to mieszkanie…- nie, to też nie powoduje naszej radości. Nasza sypialnia jest różowa (na szczęście nie cała, bo miejscami farba odpadła), posiada grzyba na suficie i w szafkach i pełno zabawek w szafie i pod łóżkiem. Co do łóżka-  nigdy nie spaliście na tak niewygodnym materacu, a raczej na sprężynach, które po nim zostały… Uśmiechający się z plakatu superman i wielka drewniana kaczka szybko z pokoju wylecieli. Kuchnia jest maleńka i nie posiada piekarnika (ani zmywarki!!!), a w łazience wypadają drzwi od prysznica i nie ma ani jednego kontaktu.

W tym momencie powinno nasunąć się Wam proste pytanie: Dlaczego do cholery wzięliśmy ten pokój?!

Odpowiedź na powyższe pytanie: Nie wiemy. Byliśmy chyba zbyt zmęczeni tym całym szukaniem. Pewnie obawialiśmy się też, że tamtej nocy zostaniemy bez dachu nad głową. Nie wiemy. Pewne jest to, że nie zauważyliśmy tych wszystkich defektów podczas pierwszej wizyty. Gdy się opamiętaliśy i  chcieliśmy zrezygnować, było już za późno- zaliczka była już wpłacona.  Właściciel okazał się pieprzonym formalistą, więc jedyną możliwością dla nas jest przetrzymanie tego miesiąca i wyprowadzenia się gdy będziemy mogli odzyskać zaliczkę.

Oczywiście nie mieszkamy sami- w pokojach obok są: Malijczyk i Peruwiańczyk. Sympatyczne chłopaki, ale nie mówią po angielsku, wymieniamy się więc uśmiechami. Czarny jest nieugięty- mówi do nas mixem francuskiego i hiszpańskiego wierząc, że jak będzie mówił wolno, to go zrozumiemy.

A dziś idziemy kupić jeden rower (tutaj są takie komisy- jak u nas z komórkami- tylko tutaj ze wszystkim- taki second hand na wszystko!!! Poza rowerami są też telewizory, gitary, torby, buty, suszarki, aparaty, kile do golfa i wiele innych 🙂 A 2 pożyczymy od kumla z pracy, który go podobno nie używa.

Pisać jest ciężko, bo przez ten system pracy i długie dojazdy wychodzimy z domu o 7:30 a wracamy (uwzględniając jeszcze jakieś zakupy) ok. 21.30. Tak więc nie ma siły na nic więcej niż kolacja i prysznic.

Dziś dorzucam zdjęcie wspomnianej areny- z google, bo nie udało nam się jeszcze zrobić żadnych zdjęć.

0

Gdzie Hiszpanów sześć, tam nie ma co jeść

Gdzie Hiszpanów sześć, tam nie ma co jeść

Wczorajsze poszukiwanie mieszkania zakończyło się niepowodzeniem. Pierwsze mieszkanie przytłoczyło nas nieskazitelną czystością i sporą ilością różowych świeczek. Oprowadzający nas mężczyzna z lekko rozmazanymi kreskami pod oczami i charakterystycznym ruchem dłońmi też nie wywarł na nas najlepszego wrażenia. O rezygnacji zdecydował głównie fakt, że pokój dostępny był od przyszłego piątku, ale bałabym się także pedantyzmu pana z kreskami i jego partnera (z którym mieszkał w uroczym, biało-różowym pokoiku 🙂 ).

Do kolejnego mieszkania nie pojechaliśmy, ponieważ nikt nie mówił po angielsku.

Postanowiliśmy szukać czegoś na własną rękę. Wieczór spędziliśmy przed kompem szukając nowych ogłoszeń, dzwoniąc – i jeżeli udało się porozmawiać o ofercie – próbowaliśmy umówić spotkanie.

Piątek to przejazd do Madrytu celem odbycia umówionych spotkań. Pierwsze spotkanie z metrem nie było łatwe – już od momentu zakupu. Ale cóż – ten typ tak ma 🙂 Bo prawdę powiedziawszy, bardzo łatwo się tu odnaleźć, nie przeszkadza nawet bariera językowa. Nawet na stacjach metra widać bardzo wysoką troskę o klienta.

Madryt bardzo pozytywnie nas zaskoczył, jest naprawdę piękny. Przypadkowo trafiliśmy do ogromnego kompleksu parkowo- leśnego, który robi niesamowite wrażenie. A więcej opowiadać nie ma co, bo było to raczej przypadkowe bieganie po mieście, nie było nawet czasu zajrzeć do przewodnika. Zrobiliśmy zdjęcia- bo przecież wzięliśmy aparat- szkoda tylko, że zapomnieliśy naładować baterii… Żeby nie było, w parku pstrykęliśmy zdjęcie telefonem, żeby było na bloga 🙂

Widzieliśmy 2 mieszkania, z których pokój w 2 bardziej nam się podobał. Niestety, właścicielka po namyśle stwierdziła, że jeżeli chcemy mieszkać we 2 to musimy płacić za 2 sypialnie. Szkoda, bo było to naprawdę wielki pokój z balkonem (nic, że w „mieszkaniu” tym było 8 sypialni). Zostaliśmy więc niejako zmuszeni do wzięcia mieszkania, które widzieliśmy jako pierwsze. Ładne i w samym centrum (przy wspomnianym parku), ale niestety tylko na 6 tygodni i za całkiem spore pieniądze.

Aczkolwiek jesteśmy zadowoleni. Wyprowadzamy się jutro 🙂

0

Poszukiwań ciąg dalszy

Poszukiwań ciąg dalszy

Nadal koczujemy w hotelu szukając własnego konta. Wczoraj oglądaliśmy jedno mieszkanko w Alcobendas, w którym jest pokój do wynajęcia. Dużym plusem było to, że para tam mieszkająca mówi po angielsku (dziewczyna była ukrainką tak w ogóle)  ale mieszkanie małe (szczególnie nasza sypialnia), podobnie jak kuchnia, która swoje już przeżyła. I  nie przypadkiem napisałam sypialnia. Tutejsze mieszkanie posiadają wyobrębnione pokoje dzienne i sypialnie, w których jak sama nazwa sugeruje- tylko się śpi. Czyli nikt salonu na pokój nie przerabia pod wynajem jak u nas (w Szcz. spotkaliśmy się także z kuchnią do wynajęcia). Łazienka jest tu ważna tak samo jak w ameryce, czyli najlepiej gdy liczba łazienek równa jest liczbie sypialni. Obowiązkowa też jest zmywarka w kuchni. Może nie być kuchenki, ale zmywarka jest. Klimatyzacja też być powinna.

Podsumowując- mieszkanie małe, stare i za cenę przewyższającą standard. Raczej zrezygnujemy.

Wczoraj wieczorem udało się nam skoczyć do Carrefour, bo jedzenie w restauracjach bardzo nadwyręża nasz budżet podróźniczy. Trudno się przygotowuje kolacje plastikowymi sztućcami na hotelowym krześle, ale przynajmniej korkociąg mieliśmy nie-plastikowy 🙂 Chodziliśmy po tym sklepie zachwycając się produktami i zwyczajami. Pełno serów i niestety- mięsa. Wszędzie ogromne kawały mięcha, których cena dochodziła do 130E za porcję. Była też Żubrówka i Soplica- zasmuciło mnie, że w tej samej cenie co u nas…

Dziś po pracy czeka nas wizyta w kolejnym mieszkaniu, o podobnej cenie ale wyższym standardzie (bynajmniej ze zdjęć tak wynika).

0

Rozdział II bloga- Hiszpania

Postanowiłam odświeżyć bloga, bo jeżeli podczas przygody węgierskiej pisałam w miarę systematycznie, to dlaczego podczas przygody hiszpańskiej miałoby być inaczej? Zatem do dzieła!

Słowem wstępu: Lecimy z Programistą do Madrytu. Po części jest to Erasmus, po części staż w małej, madryckiej firmie. Jeżeli chodzi o wymiar czasowy, 3 miesiące planujemy staż 3 miesiące studenckie praktyki. A jak będzie naprawdę- może dłużej, może krócej- zobaczymy.

Lecimy jutro. Ale, że wylot aż z Katowic, w drogę pociągami wyruszamy już dziś. Nie załapaliśmy się na kuszetki, więc będziemy się męczyć z tymi tobołami w ciasnym wagonie. Łączna suma bagaży wynosi ok 60kg., z 84kg., które mogliśmy wykorzystać, zgodnie z regulaminem linii lotniczych.

Nie mamy jeszcze żadnego mieszkania, tylko Programista spisał kilka adresów z listy ogłoszeń. Nie jest lekko, bo nie znamy hiszpańskiego, więc możemy się tylko domyślać: o co w tych ogłoszeniach chodzi, za co są opłaty i jakich lokatorów oczekują…

Zmęczeni, podekscytowani, lekko spięci- wyruszamy w naszą wspólną, największą jak dotąd podróż! Życzcie nam szczęścia 😉