5

5 moich ulubionych miejsc w Hiszpanii

Artykuł jest odpowiedzią na zaproszenie autorek bloga Klub Polki na Obczyźnie. Zgodnie z ideą, należy przedstawić 5 miejsc z kraju, w którym się mieszka. Ja Hiszpanię co prawda opuściłam jakiś czas temu, ale to tam jest moich 5 (a nawet więcej!) ulubionych miejsc. Wróćmy więc na chwilę do Hiszpanii. Które miejsca najlepiej mi się kojarzą, które polecam i do których chętnie wracam (choćby we wspomnieniach)? Oto one:

Sevilla i Feria de Abril

sevillana

Sewilla. Fot. backpakujepl

Czytaj dalej

0

Nieco służbowa wizyta w Madrycie

Choć Madryt uważam za jedno z ulubionych miejsc (a z pewnością najlepsze do życia, jakie do tej pory przetestowałam), dawno tutaj nie byłam. Jakiś czas temu nadarzyła się okazja, więc tradycyjnie – skorzystałam. Polecieliśmy z Programistą na niecałe 4 dni, z czego 3 spędziliśmy w biurze. Ostatni- piątek, 1 listopada- na szczęście był wolny zarówno w Polsce jak i Hiszpanii. Choć o 19 mieliśmy samolot powrotny, mogliśmy kilka godzin pokręcić się po Sol’u i okolicach. Nie zapomnieliśmy też o winie i tapasach. Uwielbiam!

Pustynny Madryt.

Od razu z lotniska polecieliśmy do biura- bliżej i nie trzeba wydawać na bilety do centrum. Te są droższe niż ostatnio. Przejazd z pracy do centrum to wydatek 1,75E. Po pracy do hostelu. I tak 2 kolejne dni. Wieczory spędzaliśmy w pubach i kafejkach, czyli to co się robi w Madrycie najprzyjemniej.

Ulica Chueca w Madrycie.

Krewetkowy szaszłyk.

Pierwsze wyjście z walizką na plac Sol przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Kilka budynków, niedźwiedź wspinający się na drzewo i szklana fala będąca wejściem do metra. Niby nic, a jednak jest to centralne miejsce w mieście, które do reszty mną zawładnęło. Uwielbiam Madryt, polecam do życia i co najlepsze – nadarzyła się kolejna szansa na zakotwiczenie się tam. A jednocześnie pojawiły się wątpliwości.

Ostatnie spojrzenie na niebo i ostatni łyk wina. Lotnisko w Madrycie.

0

Czy Hiszpania przypomina ci Włochy?

W Hiszpanii spędziłam nieco więcej czasu niż we Włoszech (jakieś 14 miesięcy więcej), a z Włoskich stron odwiedziłam tylko Sardynię i Rzym, to pokuszę się o małe porównanie, bo nie trudno go zauważyć. By nie popaść tu w pewną przesadę, porównując 2 kraje znane mi w różnym stopniu, wezmę pod lupę obie stolicę.

W czym Madryt podobny jest do Rzymu, a w czym Rzym różni się od Madrytu?

Bezdyskusyjne jest to, że w obu miastach mieszkają południowcy: otwarci i przyjaźni ludzie. Oba miasta są też stolicami borykającymi się z kryzysem. To jednak można wywnioskować nawet bez empirycznego poznania.

1. Bary, kawa i poranne słodkości.

Zarówno w Madrycie jak i Rzymie elementem obowiązkowym każdej ulicy jest bar, a w nim dość tania i smaczna kawa. Autochtony najbardziej lubią ją rano, a na śniadanie chętnie zjedzą coś małego i słodkiego (odpowiednik naszej drożdżówki, często bazujący na cieście francuskim). Kawę najlepiej wypić przy barze, nie tylko po to by porozmawiać z właścicielem i innymi klientami, ale także by nie zapłacić opłaty serwisowej (~1Euro od każdej serwowanej rzeczy). W obu miejscach espresso jest równie dobre.

A jaka jest tu różnica? W Madrycie wszystko co jest klientowi zbędne- ląduje pod barem (rachunki, obierki, skorupki), przez co włoskie bary wydają się na pierwszy rzut oka czystsze. Wystarczy jednak odwiedzić toaletę by wiedzieć, że jest zupełnie przeciwnie…

2. Emigranci.

Nie brakuje ich w obu stolicach. Hindusi, Azjaci i Czarnoskórzy sprzedawcy nęcą nas różnorakimi podróbkami na każdym kroku. W Rzymie nie uświadczyłam typowych look-look menów (prześcieradło z 2 sznurkami, ułatwiającymi szybkie zwinięcie nielegalnego interesu), którzy królowali  na ulicach stolicy Hiszpanii. W Rzymie Azjaci prowadzili także bary, czego w Madrycie raczej nie spotkałam (tam prowadzili oni sklepy z odzieżą i małe spożywczaki). Niezależnie od zajęcia, mieszanka kulturowa w obu miejscach jest bardzo duża.

3. Ceny

Rzym jest zdecydowanie droższy niż Madryt. O ile komunikacja miejska i kawa w barze wiążą się z podobnym kosztem, o tyle np. cena noclegu jest już zdecydowanie wyższa w Romie. Za cenę 2 łóżek w pokoju 6-osobowym z łazienką, wątpliwej klasy hostelu (brak ręczników i suszarki, pleśń wszędzie gdzie tylko można) ok. 25 minut drogi od centrum kosztuje więcej niż dwójka w hostelu o nieco wyższym standardzie, w centrum miasta (okolice Plaza Mayor). Ale ok bardzo niskim standardzie włoskich hoteli ostrzegał mniej już wcześniej zarówno Włoch jak i nie-Włoch, więc nie szczególnie mnie to zdziwiło.

Menu dnia (2 dania, deser i kawa) to w Madrycie koszt 7-12 E, w Rzymie zaczynały się od 10E i szybko leciały w górę. W Madrycie w tym zestawie zawsze było wino, w Romie b. rzadko.

4. Czystość.

Brak śmietników na ulicach i publicznych toalet to zgroza obu tych miast. Nie wyrzucam śmieci na chodnik, więc takie rzeczy łatwo mi zauważyć- w papierkiem w dłoni można przejść kilka ulic- śmietnika brak. Brak toalet objawia się nieprzyjemnym zapachem w mniejszych i większych zaułkach. Tego bardzo nie lubię.

0

Maraton gości i samolot do Polski za rogiem

Kolejni goście przyjechali, wyjechali i już przyjechali kolejni. Istny maraton. I nie wiem czy to ich zasługa, czy w ogóle tak jest, ale czas pędzi zawrotnie szybko. Ledwo co pisałam o wyjeździe do Hiszpanii, a już widać koniec. I to nawet nie na horyzoncie, ale tuż za najbliższym zakrętem. Dokładnie za 2 tygodnie mój zadek i 14 miesięcy hiszpańskiego doświadczenia wyląduje w Poznaniu. I zupełnie nie wiem czy się cieszyć czy nie. Bo wrócić – owszem – fanie, ale wymienić pogodę i warunki Madrytu na Szczecin już nie tak bardzo, choć dziwnie mi to pisać.

Z ostatnimi gośćmi przez mieszkanie przetoczyła się fala śmiechu, hałasu i aromatów z całego świata. Bardzo fajny tydzień, choć to ten czas chyba najbardziej przyspieszył ten czas.

Myśląc o powrocie trzeba zaplanować pożegnalną imprezę w firmie. Razem z nami odchodzi tez R. z Francji, więc planujemy wspólnie. Niestety jest to mocno wakacyjny czas, więc większość osób będzie poza miastem- a szkoda, bo poza polską wódką (oczywiście) będzie też bieganie za bykiem (a raczej ucieczka przed nim). Do tej pory nie wiedziałam, że takie imprezy odbywają się także w mieścinach pod Madrytem. Zobaczymy.

Bagaże lecą kurierem. Po 14 miesiącach (a szczególnie zakupach z ostatnimi gośćmi!) uzbierało się naprawdę wiele nowych nabytków. Przejazd kuriera okazuje się cenowo bardzo podobny do wykupienia bagażu w samolocie, a nie trzeba go nosić i dojedzie dokładnie pod wskazany adres w Polsce – dla mnie rewelacja. Jak testowana firma się sprawdzi to też polecę.

I jeszcze krótko o sytuacji w Madrycie – w weekend było ponad 40 st., wczoraj spadło do 30 i tak krąży między tymi temperaturami, oczywiście skłaniając się ku 40. Jest gorąco. Wydaje się, że jest znacznie znośniej niż rok temu, kiedy nie byliśmy w stanie funkcjonować. Hiszpanie jednak twierdzą, że jest dokładnie to samo i możliwe, że to my przywykliśmy – oczywiście, taka możliwość także istnieje.
A kwestia kryzysu chyba w ogóle się nie zmieniła. Nic nie słyszałam, na ulicach też nie widać nic nowego – tylko protesty przybierają coraz to fantazyjniejsze formy. Ostatnio widzieliśmy cmentarz banków w centrum miasta.

Na koniec trochę marketingu – jeżeli interesuje was Peru i okolice, polecam blog kolegi Dejwida (kliknij poprzednią frazę by przejść na bloga). Mam wrażenie, że on będzie bardziej aktywnym blogearem niż ja ;-)

0

Ostatni wyjazd, pierwsi goście i publiczny brak toalet.

Ostatni wyjazd, pierwsi goście i publiczny brak toalet.

Krótko po Lizbonie odwiedzili nas pierwsi polscy goście w tym roku – 3 ostatnie osoby z moim nazwiskiem. Kilka dni mieli okazję spędzić na Ibizie, która podobałą im się tak samo jak mi, więc nie warto myśleć o tej wyspie tylko w kontekście białych rękawiczek i nietrzeźwych doznań. Wyspa naprawdę godna jest polecenia także dla osób które lubią rajskie widoki czy wędrówki po skałach.

Współnie pojechaliśmy do Salamanki. Mocno studenckie i żywe miasto, choć trudno znaleźć tam coś poza starymi uniwesrytetami, mnóstwem kościołów i oczywiście – tysiącami barów i knajpek. Tam też obejrzeliśmy pierwszy mecz Euro – wygranej brak, ale przegranych też nie było. Każdy wynik warty był uczczenia.

3 wyjechali, 2 przyjechały. No istny kataklizm! Oczywiście alkoholu, którego nawałnica przelała się przez nasze mieszkanie i przełyki. K. i Mg. przez tydzień zmobilizowały mnie do odkrywania nocnej strony Madrytu. To miasto nie tylko nie śpi – jak się powszechnie uważa – ale w ogóle nie chodzi spać!!!! O ile o godzinie 1 czy 2 w centrum miasta jest mnóstwo ludzi, o tyle po zamknięciu lokali ( po godz. 2) jest ich znacznie więcej i nie zmienia się to do rana. Ma to niebywały urok, jednakże też spotyka się z niewytłumaczalną głupotą miasta – brak publicznych toalet w centrum. Dziwne, ale faktycznie znacznie utrudniające życie bawiących się tam osób, a także tych, którzy z samego rana przyjdą to posprzątać. Po nocnych voyagach zwracam honor hiszpanom – to nie tylko kwestia lenistwa i olewactwa, to także wada systemu wpływa na to, co można tu czasami zobaczyć.
Wizyta dziewczyn przypomniałą także, że kieszonkowcy nie śpią i mogą Cię obrobić ze wszystkiego w najmniej spodziewanym momencie. W tak dużych miastach warto być przerważliwionym na wszystko, może to ocalić np. nasz telefon.

Nastroje w Madrycie są coraz bardziej napięte. Na głównych placach odbywają się częste strajki, a ludzie krzyczą coraz głośniej. Skończył się zachwyt Euro, rozpoczęła się walka z rządem, który to ma kolejne rygorystyczne pomysły na walkę z kryzysem. Warto obserwować.
My z dnia na dzień poważniej myślimy o przeprowadzce. W tym celu szukamy jakiegoś lokum w Ojczyźnie, a na Madryt patrzymy z odrobiną sentymentu, łapiemy też słońce, może się uda trochę go zabrać…

0

Przyszła wiosna, a czasami nawet lato

Przyszła wiosna, a czasami nawet lato

Tydzień temu:
Jedziemy w góry. W sobotę rano.
Przygotowaliśmy tortille, kawałki różnych serów, oliwki i dużo owoców. I dużo czekolady- w końcu będziemy chodzić po górach. Przed metrem zaszliśmy jeszcze do marketu po piwo i świeże bagietki.
na dworcu okazało się, że ostatni pociąg odjechał 3 minuty temu. Zmiana planów, jedziemy do parku nad jezioro, było jakieś 23 stopnie.

Śniadanie w Casa de Campo


Zjedliśmy, opaliliśmy się i wróciliśmy do domu. Tak właśnie wygląda wypad w góry zgodnie z naszą definicją.

Ten tydzień:
W czwartek pojechaliśmy na Oktoberfest, mała firmowa impreza. Ani nie w Niemczech, ani nie w październiku,a w marcu i to w Alcobendas- miejscowości pod Madrytem. Smaczne, litrowe, niemieckie piwa i oktoberfestcka (bynajmniej tak mówiły osoby, które są bywalcami oryginalnego święta piwa) atmosfera. Oczywiście były też kiełbasy i golonka,ale to mnie nie dotyczy.
Już długo pewnie nie będę piła (i kupowała co ważniejsze) litra piwa za 8E. Eh, te Niemcy…
Między rozmowami dowiedzieliśmy się, że poniedziałek jest dniem wolnym od pracy, a my zupełnie byliśmy bez planów.
Piątek. Od rana przegrzebujemy Internet i książkowy przewodnik, aby znaleźć coś na te 3 dni. Jest święto fajerwerków w Valencji, ale wszystkie miejsca noclegowe są zajęte. Do Alicante trudno dojechać autobusem, bo bylibyśmy na wieczór w sobotę. Do Portugalii bilety autobusowe mają kosmiczne ceny, lotnicze w każdym kierunku zaczynają się od 200E od osoby. Przeszukaliśmy dosłownie wszystko. Planów brak.

Sobota. Skorzystaliśmy z zeszłotygodniowych planów i pojechaliśmy w góry. Z plecakiem pełnym prowiantu wsiedliśmy do pociągu do Cercedilli, w której byliśmy na początku naszej madryckiej przygody. Mieliśmy pecha wsiąść do przedziału zajętego przez dzieciaki z jakiejś wycieczki. Zanim przeszliśmy do innych wagonów, wszystkie miejsca były już zajęte, musieliśmy więc2 godziny stać, obijani co chwilę między rowerami innych pasażerów. Później przesiadka do Cotos, ale z powodu remontu pociąg nie dojeżdżał, więc wysiedliśmy i zaczęliśmy iść przed siebie w górę.

TO nie był najlepszy dzień na tę wyprawę. Mgła oplotła wszystkie okoliczne góry i- ku naszemu zaskoczeniu- podczas jazdy pociągiem temperatura spadło o 20 stopni w porównaniu z Madrytem. Tutaj panował mróz i częściowo jeszcze śnieg, a na to nie byliśmy przygotowani.

Szybki spacer, piwo, gorąca czekolada w lokalu, piwo z plecaka, kawa w lokalu, piwo z plecaka i wzięliśmy pociąg powrotny. Trzeba będzie tam wrócić, ale lepiej przygotowanym, niewątpliwie. Poczekamy też na słońce.

0

Segovia

Segovia

Sobota była pierwszym, iście wiosennym dniem. Pojechaliśmy do Segovi, oddalonej półtorej godziny jazdy autobusem od Madrytu. Niewielka miejscowość otoczona ośnieżonymi górami. Większość budynków z kamienia, z pięknymi, goteckimi zdobieniami. Wszystko w tym samym stylu, co tworzy bardzo przyjemną spójność. A poza tym: chyba najprzyjemniejszy zamek jaki widzialam, robiąca wrażenie katedra i symbol tego miasta- rzymski akwedukt (na zdjęciu).
kilka godzin chodzenia, kilka wypitych piw i sałatka zjedzona na ławce pod zamkiem. Przemiła wycieczka, piękna pogoda.
Aby miło zakończyć dzień i klasycznie powitać wiosnę- zjedliśmy kolację na naszym patio. Wokół było głośno- wszyscy sąsiedzi wpadli na ten sam chyba pomysł.

Już 2 razy biegałam, co jest dla mnie nie lada osiągnięciem :) Raz dobiegłam do stadionu Realu, raz go nawet okrążyłam!

Witaj wiosno! :-) Musimy oddać mój rower do naprawy i ruszać na podbój rowerowych ścieżek! :-)

0

Uwielbiamy nasze mieszkanie, mimo, że jest zimno!

W sobotę odbyła się impreza informatyczna w naszym małym mieszkanku- grupa programistów z firmy, w towarzystwie swoich dziewczyn, żon czy też matek. Było sympatycznie, polskie trunki wszystkim smakowały. Chciałam też zrobić coś polskiego- nie mamy piekarnika, więc padło na krokiety. Niestety, nigdzie nie znalazłam kapuchy, więc krokiety były z pieczarkami. Wyszło ich sporo, więc cały tydzień planujemy jeść krokiety. Wszyscy wyszli z mieszkania o własnych siłach. Jak się dowiedzieliśmy dzień później, byli nawet w stanie wsiąść do samochodów i pojechać do domu- i tutaj przeszły nas niezłe ciarki. Eh, ci szpaniolce…

A wcześniej, wychodząc do sklepu zamknęliśmy drzwi z kluczami w dziurce, wewnątrz. W taki oto sposób poznaliśmy naszego butnego kolegę sprzed kilku nocy, ponieważ Programista musiał skakać z jego balkonu na nasz, abyśmy dostali sie do mieszkania. Jakby nie patrzeć, jest to bardzo oryginalny sposób na poznanie sąsiada :-)

Wczoraj mieliśmy rocznicę, więc poszliśmy na to co lubimy- do hindusa na jedzenie wegetariańskie. Choć prawda jest taka, że Programista od 2 tygodni codziennie marudzi, że chce tam iść, więc rocznica była tylko pretekstem :)
Dziś walentynki, więc otworzymy wino. Choć prawda jest taka, że codziennie otwieramy.

Tutaj nadal zimno, choć czuć poprawę z dnia na dzień. Oby do słońca!

0

Pawi park

Pawi park

W końcu coś się dzieje, chociaż próbuje.

W tym tygodniu zostaliśmy zaproszeni na prawie- polski wieczór. Okazało się, że koleżanka z pracy (Niemiecka Nambijka, albo Nambijska Niemka, do końca nie wiadomo) mieszka z Polką. Na kolacji dodatkowo był Francuz.

Bardzo przyjemni ludzie i bardzo smaczna kolacja. Programista załapał się na bigos, ja zostałam przy wegetariańskich kanapkach (wiecie, jakie genialne jest połączenie koziego sera z awokado?!). Po dużej dawce alkoholu (włączając polską wódkę), nad ranem przeszliśmy przez pół Madrytu, aby w końcu dotrzeć do łóżka, przespać kilka godzin i ponownie wsiąść do pociągu jadącego do Parku technologicznego. Praca mało efektywna, bo w głowie szum, ale po informacji, że dziś strona ruszy on-line, mocno zabrałam się  do pracy. Wszystko skończyłam, a strona nie wyszła. Kolejny raz dałam się nabrać na hiszpański pośpiech, eh.

Sobota byłą niemal upalna. Fakt,jest chłodno jak zawieje, ale słońce naprawdę piekło. Byłam jedną z nielicznych osób, bez okularów przeciwsłonecznych na nosie- w dużym stopniu jest to amerykański trend, niewątpliwie, ale słońce też daje powody do ich noszenia.

Poszliśmy do parku Rastro na obiad. Oczywiście mieliśmy go w plecaku, jeszcze ciepły- zapakowany w pudełka. Zjedliśmy, wypiliśmy drinka z termosu, nacieszyliśmy się ostatnimi promykami słońca i poszliśmy na spacer. Poszliśmy do parku z pawiami. Jak się okazało, nie było ich jak zawsze pochowanych w krzakach. Zupełnie przypadkowo znaleźliśy je.. na drzewach! Spały.

Nasze odkrycie- te wielkie ptaki latają, co wygląda bardzo przerażająco.  Nieco przerażające także było to, że zastaliśmy wszystkie bramy z parku zamknięte! Wraz z 8 innymi osobami, szukaliśmy kogoś, kto mógłby nas wypuścić. Park z pawiami znajduje się w wielkim parku Rastro, więc było co najmniej dziwne, że ktoś nas nie zauważył… W pokoju dla stróża paliło się światło, włączone były monitorki z kamer, ale nikogo nie było. Jeden z zamkniętych przeskoczył przez bramę (4, może 5 metrów, z długimi kolcami na górze) i pobiegł po pomoc. Ktoś zadzwonił po policję. Po kilku minutach przyszli pracownicy ochrony i wypuścili nas.

Wróciliśmy do domu, koniec soboty.

0

Ibiza

Po baardzo długim czasie, należy choć przez chwilkę powspominać Ibizę. Jedno z najładniejszych miejsc, w jakim byłam. o ile nie najładniejsze.

Nie wiem jak wyspa wygląda w czasie sezonu, ale chwilę po jego zakończeniu jest bardzo przyjemna i znacznie tańsza. Większość imprezowni zamknięto z końcem września. A jest to bardzo ważny temat na Ibizie. Największe kluby reklamują się wszędzie w w rozmaity sposób. Po raz pierwszy spotkałam się ze firmowymi sklepami, sprzedającego rozmaite produkty, wszystkie sygnowane logiem klubu nocnego bądź dyskoteki. Musi to być ogromny biznes i duża wartość ekonomiczna wyspy.

Ludzi na ulicach jest niewiele, wieczorami lokale, których jeszcze nie zamknięto też nie pękają w szwach.

To co jest bardzo charakterystyczne- wyspa jest zanglizowana, mało kto mówi po hiszpańsku! Młodzi imprezowicze z UK opanowali tutejsze miasta, co jest znacznym minusem- w ogóle nie czuje się tu Hiszpanii. A na sklepowych pułkach najdroższe są międzynarodowe trunki, które muszą się dobrze sprzedawać wśród angielskich turystów. Także restauracje serwują angielskie śniadania i angielskie piwo, na każdym rogu jest Irish Pub, etc.

Nie brakuje też niemców. Ale Ci reprezentowani są głównie przez starszych obywateli, albo rodziny z dziećmi. Niezależnie od tego, wszyscy okupują plaże cały dzień i uwielbiają opalać się toples. Piękne, polskie kobiety podbudowałyby się widząc te wiszące, nagie niemieckie i hiszpańskie cyckozwały. Mało smaczny widok.

Hotel mieliśmy genialny. Duży pokój z balkonem i smaczne śniadanie w formie bufetu. I to wszystko za 20E za parę. Hotel Florencia w Sant Antonio- bardzo polecam.

I co tu więcej dodawać- pięknie, pięknie, pięknie! Ciepła woda, niebywałe widoki.

i tak spędziliśmy 4 dni. Jeden dzień padało, więc wchodzenie do wody nie było wskazane, ale resztę dni spędziliśmy mocząc tyłki w słonej wodzie. Pierwszy dzień, zafundowaliśmy sobie bardzo długą, pieszą wycieczkę po skałach wzdłuż wybrzeża. Genialna wyprawa! Była bardzo spontaniczna, więc nie do końca się na nią przygotowaliśmy- po wyprawie, nasze japonki nadawały się do wyrzucenia- straciły podeszwy :)

Lot powrotny do Madrytu mieliśmy późnym wieczorem, z Eivissy. po śniadaniu pojechaliśmy tam autobusem. Z bagażami przeszliśmy całą plażę. Ja kurowałam się zimnym piwkiem, Programista ciepłym absyntem (w Katalonii jest legalny). Jako, że samoloty latały nam co raz niżej nad głową, postanowiliśmy oszczędzić 8E z biletów na autobus i dojść pieszo na lotnisko. Szliśmy, szliśmy, szliśmy… Aż się ściemniło. Na szczęście Programista miał latarkę, przydała się, bo szliśmy drogą szybkiego ruchu.

Trochę strachu, nieco zmęczenia, ale dotarliśmy. Był jeszcze czas na opróżnienie bagażu ze zbędnych puszek i butelek, ubranie na siebie wszystkiego, co nie mieściło się w bagażu i siedzimy w samolocie. Cały lot przespałam. Nieprzytomni wpakowaliśmy się do metra. Jest 2 w nocy, a rano do pracy…

Pozdrawiamy!