0

Lot do Tajlandii z przesiadką w Doha

Tym wpisem zaczynam przelewanie tajskich wspomnień na klawiaturę. Podróż była tak długa i tak obfita w przygody, że nie sposób było nie poświęcić jej całego wpisu.

Do Tajlandii lecieliśmy liniami Qatar Airlines, z Warszawy do Bangkoku, z 15-sto godzinną przesiadką w stolicy Kataru- Doha. Klientów tej linii pewnie to nie dziwi, bo niemal wszystkie ich loty kończą się bądź zaczynają właśnie w Doha.

Warszawskie lotnisko.

Pierwszy lot odbył się mniejszym samolotem A320. Jeszcze podczas bookowania biletów najwięcej czasu zajęło nam wybranie menu, bo lista była imponująca. Samych wersji wegetariańskich było ok. 10. Ja wybrałam menu wegetariańskie orientalne, Programista nie wybrzydzał- wziął to co dają- menu podstawowe. Na nic się jednak zdały te wybory, bo już na wejściu przepraszają za brak wszystkich opcji. Fakt- była podstawowa i wegańska. Może i powinna pisać o innych aspektach lotu, ale jedzenie było dla mnie najważniejszym elementem lotu i niestety nie okazało się godne zapamiętania. Niewyraźne smaki i małe porcje. Uwaga- tylko w Qatar Airlines wegetarianie otrzymują 2/3 porcji. Widocznie deser zawierał śladowe ilości mięsa.

PS. Programista dodałby jeszcze, że monitorki były rozpikselowane, a słuchawki to w ogóle były do d***.

Alkohol oczywiście był i nikt go nie żałował, co dla niektórych pasażerów skończyło się dość niewyraźnie. Czekaliśmy na jakąś interwencję policji, zamieszanie, media… Niestety, qatarczycy takie wybryki pijanych polaków chyba nie pierwszy raz widzieli i postanowili tego nie dotykać. Szkoda, w końcu mieliśmy aż 15 godzin…

Jako jedyni z samolotu zdecydowaliśmy się nie brać hotelu, tylko ruszyć w miasto. Zdziwiło to nawet panią w punkcie informacji, która powiedziała, ze o północy wszystko w Qatarze jest zamknięte.

Kantory były zamknięte, więc wybraliśmy 100 riali (niemalże 1 do 1 ze złotówką), za kolejne 200 kupiliśmy 2 wizy i ruszyliśmy przez siebie. Oczywiście na pieszo, bo taksówka kosztowała 50 riali, a to przecież połowa naszego budżetu…. no way!

Szliśmy i szliśmy, a taksówy trąbiły i trąbiły. Ogółem przeszliśmy jakieś 17 kilometrów. Niby nic się w tym czasie nie działo, a mogliśmy sporo zaobserwować. Pierwszy raz byliśmy w muzułmańskim kraju i nie bardzo wiedzieliśmy jak się zachować. Nie chodziłam oczywiście kilka metrów za Programistą jak tamtejsze kobiety, ale początkowo trzymaliśmy spory odstęp. Niewiedza budzi strach, nic nowego.

W jedynym otwartym „pubie” wypiliśmy herbatę z miętą. Byłam tam jedyną kobietą, ale bywalcy miejsca nie zwracali na mnie uwagi- byli zafrapowani swoimi kartami, kośćmi, grami i oczywiście herbatą. No i jest imprezka! Jedliśmy też w fast-foodzie dla robotników (jedyna otwarta jadłodajnia na jaką trafiliśmy).

Rano odwiedziliśmy pobliski supermarket i zjedliśmy samosy w hinduskim barze. W sklepie kupiliśmy tylko rzeczy na już, bo niemal wszystko było z importu! Choć ceny były zbliżone do polskich, nie mogliśmy znaleźć nic, co byłoby produkowane w Qatarze. nawet rogaliki w piekarni były francuskie.  Tożsamości kraju z pewnością nie znaleźliśmy z sklepie spożywczym.

Czy ten spacer był warty 200zł? My nie żałowaliśmy, choć znacznie podwyższyło to koszt herbaty. W końcu oszczędziliśmy te pieniądze na hotelu :) Resztę nocy spędziliśmy na lotnisku. To było ciężkie 15 godzin. Wsiedliśmy w samolot 777-300ER i polecieliśmy dalej.

Ciekawostka- jeżeli bookujecie hotel przez stronę linii lotniczych Qatar, wizę macie „za darmo”.

Doha o północy.

Przesiadka w Doha. Muzeum Narodowe (przynajmniej tak wynikało z mapy…)

Tak, to właśnie jest Doha.

Przesiadka w Qatarze.

Qatar za dnia

Qatar za dnia