2

Kolejne smaczne miejsce na mapie Berlina – Restauracja Indyjska.

Krótki opis najlepszej restauracji indyjskiej w Berlinie. Szeroki wybór dań indyjskich, głównie z południa Indii. Wiele opcji wegetariańskich.

Kuchnia hinduska jest jedną z moich ulubionych, głównie ze względu na sentyment, jakim darzę moje podróże do Indii. Ekspertem nie jestem i nie będę się na temat kuchni indyjskiej kłóciła z żadnym mieszkańcem Bombaju, Kalkuty czy Kochi, ale kilka miesięcy spędzonych w różnych miastach Indii i możliwość jedzenia z setek ulicznych stoisk dają mi odwagę do wyrażania się na temat kuchni indyjskiej w Europie. U hindusów żywiłam się zarówno w Polsce, Hiszpanii i Niemczech, ale odwiedzałam ich także przy okazji podróży w rozmaite miejsca. Niektórzy testują restauracje chińskie w różnych krajach, bo potrafią się one znacznie od siebie różnić – ja testuję te z posmakiem curry i wiórków kokosowych.

Restauracja indyjska w Berlinie

Murgh Tikka Palakwala nan liściu bananowca.

Czytaj dalej

3

15 rzeczy, które musisz zabrać na wyprawę do Indii

Namaste!

Jeśli zastanawiacie się nad wyjazdem do Indii, lub jeśli już macie bilety do tego kraju i zastanawiacie się co spakować do Indii, to jesteście w doskonałym miejscu. Z tego artykułu dowiecie się, co należy zabrać ze sobą do Indii, jak przygotować się do wyjazdu do tak odległego kraju, co jest trudno dostępne w Indiach i warto zabrać to ze sobą, a także podpowiem, czego do Indii nie warto brać, bo można to kupić na miejscu. Moje doświadczenie podpowie Wam także, jaki plecak jest najlepszy do Indii i czy przydadzą się wam tabletki na malarię. Wszystko o pakowaniu do Indii w jednym miejscu, zapraszam!

W Indiach byłam 3 razy. Kocham ten kraj i jednocześnie nienawidzę, ale z pewnością wiem co jest tam niezbędne i co (mniej lub bardziej) przydało się podczas każdej wyprawy. Niezależnie od tego, czy jedziecie do Mumbaju, do hotelu Taj Majal Palace, do podrzędnego hoteliku czy do speluniarskiej budy- przeczytajcie poniższe podpunkty i spakujcie te rzeczy do Indii.

Pierwszy etap pakowania

Co spakować do plecaka do Indii?

Czytaj dalej

0

Wszystko co dobre zaczyna się i kończy w Bombaju.

Ostatnim punktem na mapie naszej podróży był Bombaj (Mumbaj  czy nawet Mumbai). Już przy lądowaniu samolotu widać ogromne obszary slumsów. Małe, blaszane budki z kolorowymi dachami kumulują się przy miejskich wysypiskach śmieci, których w Bombaju nie brakuje. Bieda miesza się tu z bogactwem, a granica między nimi jest ogromna (choć w wymiarze geograficznym niemal nie istnieje). Przy najsławniejszym hotelu Indii- Taj Hotel, który gości największe sławy tego świata mieszkają tysiące hindusów żyjących w skrajnym ubóstwie, a jedyne co ich łącz to ten sam widok na Bramę Indii.

W Bombaju warto zatrzymać się przy ulicznych straganach z jedzeniem, bo to miasto posiada swoje własne menu. Niekoniecznie wyszukane potrawy (takie jak grillowane kanapki czy buka z ziemniakiem) smakują tu wyjątkowo dobrze i naprawdę warto się na nie skusić.

Naszą główną atrakcją były zakupy- niestety, ale większość pamiątek zostawiliśmy na ostatni przystanek. Poza tym nieustannie padało, co nie służyło spacerom (nie obeszło się też bez zakupu parasoli). Tu też dostępny jest alkohol.

San Rukh Khan we własnej osobie.

San Rukh Khan we własnej osobie.

Deszczowy Bombaj.

Deszczowy Bombaj; widok spod Bramy Indii.

Byliśmy tu chwilę, bo niecałe 3 dni. Tak stęsknieni za brakiem deszczu, brakiem hindo-zapachu, tego pośpiechu i potrawami bez curry- pojechaliśmy na lotnisko. Wejście na jego teren to jakby stanięcie jedną nogą w Europie. Jest klima, jest czysto i ładnie pachnie. Swoją drogą, było to najładniejsze lotnisko na jakim byłam.

Na koniec wstępuje punkt OBOWIĄZKOWY powrotu z Indii, niemalże obrządek, konieczny do pełnego powrotu. Wyciągamy z plecaka szczelnie zapakowane kosmetyki, ręcznik i świeże ubrania (najlepiej takie zakupione dzień wcześniej, te o krojach europejskich (są tam znacznie tańsze)) i w łazience dokonujemy transformacji!! Wchodzisz jako brudny, hinduski turysta, a wychodzisz jako szczęśliwy i pachnący europejczyk. Niby nic, a banan na twarzy gwarantowany!!

Międzynarodowe lotnisko w Bombaju.

Międzynarodowe lotnisko w Bombaju.

Takie właśnie były Indie po raz trzeci.

0

God’s own country- długa podróż do Kerali.

Na drugą część wakacji wybraliśmy Keralę. Miałam okazję być w tym rejonie 7 lat temu i ta wizyta pozostawiła bardzo pozytywne wspomnienia. Chciałam wrócić.

Kerala. Źródło: rightindiatravels.in

Kerala. Źródło: rightindiatravels.in

Powrót nieco utrudniły nam linie lotnicze, które zmieniły harmonogram lotów i- z pozoru- prostą trasę maksymalnie wydłużyli (zarówno czasowo jak i odlegościowo). 3 loty i niemal 2 dni lotu, z nocnym przystankiem w Kalkucie, wykorzystanym na kolację w Blue Sky Cafe, do którego zawsze miło (i smacznie) się wraca.

Jak w tytule, Kerala nazywana jest krajem samego Boga. Jest to jeden z bardziej deszczowych miejsc w Indiach, co przekłada się na względny dobrobyt keralczyków- żyje się tu z rybołówstwa, uprawy ziół i orzechów i oczywiście turystyki. Turyści jednak nie zawsze są biali- tu spotkamy klasę średnią mieszkańców Indii, którzy przyjeżdżają tu jeszcze chętniej w czasie monsunów (czyli wówczas gdy byliśmy), bo nie tylko widoki, ale też ceny są atrakcyjne. Temperatura wody nie ma dla nich większego znaczenia, bo nikt nie ma w zwyczaju paradowania po plaży w skąpym bikini; do wody też się zresztą nie wchodzi (a jak już, ubranym od stóp do głów). Kerala jest też mniej popularna wśród białych turystów niż Goa, którą najbardziej upodobali sobie sąsiedzi Rosjanie, zatem Kerala wygrywa bezkonkurencyjnie.

W lipcu jest tu niewiele odwiedzających, dlatego nie wszystkie noclegownie są w tym czasie otwarte, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Po wylądowaniu w Thiruvananthapuram (o tak, wymówcie to na lotnisku, co pracownicy linii lotniczych przyjmują z uroczym śmiechem!!!) wzięliśmy rikszę do Kovalam, które znane jest z szerokiej plaży oświetlanej przez latarnię morską. Turystów jak na lekarstwo- cudnie!

Czarna plaża w Kovalam

Czarna plaża w Kovalam

Tutaj nie mieliśmy już żadnych planów, poza samolotem do Bombaju, zabookowanym na 5 dni później. Tu chcieliśmy zostać 1 noc, ale przez problemy zdrowotne, które dopadły większość grupy- przedłużyliśmy swój pobyt (cholerne samosy z ulicy w Varanasi!!!!). Nikt nie żałował, było spokojnie i pięknie. Chłopcy wybrali się też do pobliskiego portu rybackiego, by pobyć chwilę w centrum keralskiego zgiełku, przy zapachu rybich wnętrzności. Ja chorowałam w hotelu.

Port rybacki i targ rybnych

Port rybacki i targ rybnych

Drogę do Warkali przebyliśmy rikszą- 3 godziny ścisku z plecakami na kolanach. Ja czułam się znacznie lepiej, ale choroba dopadła innego z współpodróżnych i tak podróż musiała być istną męką. W Warkali przeszliśmy kilka hoteli, z których większość była zamknięta. Wybraliśmy mały domek murowany przy klifie. Domek wynegocjowaliśmy za 1.000Rs za noc, kiedy w sezonie kosztuje on 6.500Rs!

Noclegownia w Warkali

Noclegownia w Warkali

Wioska jest niemal martwa w tym czasie. Pracują tu głównie Tybetańczycy, więc oferta kulinarna jest bardzo różnorodna (nikt nie potrafił jednak wyjaśnić, czemu najpopularniejsza jest tam kuchnia tajska). Było smacznie, choć drogo- co dotyczy całej Kerali. Piwo też jest droższe i bardzo trudno dostępne (w restauracji puszka na wynos kosztowała 10zł, sprzedana tylko dzięki ingerencji właścicielowi naszego hotelu). Turystów mniej niż pracowników w barach. Trudno się nie zakochać.

Klif w Warkali

Klif w Warkali

Ostatnim miejscem na naszej keralniej drodze jest Kochi- duże miasto portowe znane z charakterystycznych, chińskich sieci rybackich. Tutaj też zdecydowaliśmy się na podziwianie backwaters. Początkowo myśleliśmy o wynajęciu prywatnej łódki na całą dobę i przemierzanie kanałów z kucharzem na pokładzie. Zrezygnowaliśmy, bo budowano most na trasie, więc trasa do Kochi była zamknięta. Odstraszała nas też cena i myśl o widoku skaczących wokół nas hindusów- zawsze napawa nas to większym żalem do siebie i odbiera przyjemność z podróżowania. Wybraliśmy więc wycieczkę kilkugodzinną, grupową, po ustalonej trasie. Z braku turystów, na pokładzie były 3 osoby- my i gruba Niemka. Podróżowanie po sezonie jest cudne, nawet gdy pada.

Backwaters

Backwaters

Backwaters

Backwaters

Obiad na wyspie (5 lat temu menu było niemal identyczne!)

Obiad na wyspie (5 lat temu menu było niemal identyczne!)

Zielony pieprz

Zielony pieprz

 

Nawet monsunowe opady nie przeszkodziły w podziwianiu życia autochtonów tych maleńkich wysepek: zarzucają sieci z niewielkich łódeczek, łowią nie tylko ryby, ale i muszle do produkcji wapna murarskiego; inni produkują liny z kokosów, które miesiącami leżakują w wodzie. W ogrodach między kanałami uprawiają pieprz, kurkumę, ananasy i gałkę muszkatołową. Kilkugodzinna podróż łódką odpychaną bambusowym kijem przerywana jest znakomitym obiadem złożonym z tutejszych przysmaków, podanym na liściu bananowca. Pycha!

W Kochi znacznie bardziej niż w poprzednich miejscach widać przenikanie się religii. Chrześcijanie, Muzułmanie i wyznawcy Hinduizmu żyją tu w zgodzie, a efektem tej wieloreligijnej mieszanki jest bardzo duże natężenie świąt (a w Indiach przecież wszystko odnosi się do wierzeń). Kościoły katolickie to oczywiście pamiątka po Portugalczykach, którzy wprowadzili tu swoje porządki, ale z braku funduszy- wycofali się z tych ziem- zakładam, że do dziś plują sobie w brodę ;) Codziennie rano budziły nas obrządki którejś z religii i piejący pod oknem kogut. Na walący w szyby monsun już nie zwracaliśmy uwagi.

Nie mogliśmy opuścić Kerali bez skorzystania z tutejszego masażu, wykonywanych w ramach systemu medytacji Ayurveda, w ramach którego oferowanych jest wiele rodzajów masażu: od relaksacyjnych, przez rozciągające po te naprawdę bolesne. Chłopaki wybrali masaże klasyczne, relaksacyjne, ja się pomyliłam przy zamówieniu i wzięłam masaż rozbijający mięśnie. Ból to mało powiedziane. Była to jakby inna odmiana masażu tajskiego, po kilku minutach trzeba po prostu „wyluzować” bo ból trwa i trwa. Po 20 minutach można go nawet polubić. Męki skróciłam na korzyść masażu głowy wykonywanego olejkami, który jest tutejszą specjalnością, a którego chciałam spróbować. Jest to dość dziwne uczucie, bo przypomina nieco tortury. Przyjemny, ale szybko nudzi.

Źródło: ayurvedaresortindia.com

Źródło: ayurvedaresortindia.com

Mój masaż wyglądał prawie identycznie! Z tą różnicą, że:

– pomieszczenie wyglądało jak połączenie sali zbrodni i stodoły;

– masażystka miała jakieś 70 lat i po stanie jej dłoni wnioskuję, że pracowała na roli;

– zamiast bikini miałam na sobie tonę olejku po poprzednim masażu.

W pakiecie była też kąpiel wykonywana przez panią. Bardzo dziwne uczucie.

Jedliśmy, piliśmy (nie, nie to co myślicie- tu jest prohibicja!) i kupowaliśmy przyprawy. No i mokliśmy nieprzerwanie. Pojechaliśmy na lotnisko i polecieliśmy do Bombaju. Tradycyjnie, kilka fociaków:

Obiad w Kovalam

Obiad w Kovalam

Droga do Kochi

Droga do Kochi

Ryba po keralsku (w liściu babanowca i kokosie)

Ryba po keralsku (w liściu babanowca i kokosie)

Boisko w Kochi, na którym jednocześnie odbywało się 5 meczy

Boisko w Kochi, na którym jednocześnie odbywało się 5 meczy

Pan kierowca

Pan kierowca

Taksówka między wyspami

Taksówka między wyspami

Najpyszniejsze tosty na świecie ;)

Najpyszniejsze tosty na świecie ;)

Obowiązkowa wizytya w McDonaldzie (Mc Veggie itp.)

Obowiązkowa wizytya w McDonaldzie (Mc Veggie, Mc Spicy Panner itp.)

Woda kokosowa

Woda kokosowa

Główna atrakcja na plaży w Warkali- Biały z Europy

Główna atrakcja na plaży w Warkali- Biały z EuropyW

0

Obłęd Wanarasi

Wanarasi, czyli dawny Benares nazywany jest najbardziej obłąkanym miastem świata. Ja wiem, że jest jednym z najgorszych w jakim byłam (najgorszy jest zdecydowanie Hyderabad, oczywiście też w Indiach). Jest tu brudniej i śmierdzi bardziej niż gdziekolwiek indziej w Indiach. Tu też się umiera i to z wielką przyjemnością.

Benares- najbardziej chaotyczne miejsce na świecie, a zwane świętym.

Benares- najbardziej chaotyczne miejsce na świecie, a zwane świętym.

Każda wąska uliczka wygląda niemal tak samo

Każda wąska uliczka wygląda niemal tak samo

Benares po zachodzie słońca

Benares po zachodzie słońca

Choć miasto liczy ponad 3 miliony mieszkańców, to to, dlaczego przyjeżdżają tu tysiące turystów i miliony hindusów zamyka się między kilkoma wąskimi uliczkami a świętą rzeką Ganges. Waranasi z pewnością jest jednym z najstarszych miast świata, a przez Hindusów jest ono bezdyskusyjnie najstarszą zamieszkałą osadą na świecie. Jest to też miejsce pełne tych wściekłych małp(iszonów).

Ganges jak i całe miasto uważane jest za święte, dlatego każdego dnia ściągają tu tłumy pielgrzymów mających na sobie ubrania w kolorze szafranu. Przyjeżdżają też tacy, którym zostało kilka dni życia, bo tylko spalenie na ghatach przy rzecze może Hindusów wyzwolić z kręgu reinkarnacji, a do tego własnie dążą. Jako, że spalenia można dokonać maksymalnie 2 dni od stwierdzenia zgonu, obywatele Indii przywożą tu słabszych członków rodziny i wspólnie czekają na śmierć.

Spalenie nie następuje przez skremowanie zwłok; wygląda to bardziej jak nasze ognisko- na ciało nakłada się kilka kilogramów drewna i zgodnie z przyjętym obrządkiem podpala. Członków wyższych kast stać na pięknie pachnące, drewno drzewa sandałowego. Biedniejszym zostaje pył z tego drzewa, którym posypują deski. Pochodzenie ma także znaczenie przy wyborze miejsca i godziny pogrzebu. Najwyższa kasta ma do dyspozycji najwyższe miejsce przy świętym ogniu i może pożegnać bliską osobę po zachodzie księżyca (zwłoki palone są 24/h dobę), kiedy biedniejszym zostaje pogrzeb w pełnym słońcu, na najniższych partiach gath.

Ghaty od strony rzeki.

Ghaty od strony rzeki.

Życie codzienne przy Gangesie

Życie codzienne przy Gangesie

W pogrzebie uczestniczą tylko mężczyźni; kobiety nie panują nad emocjami i płaczą, a nie powinno się zwłok polewać łzami. Faktem jest też to, że kobiety rzucały się do ogniska, bo los wdowy nie jest tu niczym czego można zazdrościć. Kobiety zostają w domu, a na wsiach dodatkowo zaprasza się płaczki, które zapewniają oprawę muzyczną. Przed pogrzebem, najbliższy męski członek rodziny goli sobie głowę i to on podpala drewno rozłożone nad ciałem. Tydzień później głowy golą wszyscy męscy członkowie rodziny zmarłej persony.

Po spaleniu prochy wrzucane są do Gangesu. Zdarza się jednak tak, że nie całe ciało się spali i zostaną fragmenty ciała (dotyczy to szczególnie biedniejszych, którzy nie wykupią wystarczającej ilości drewna). Całość wrzucana jest do wody, więc nikogo nie dziwi widok płynącej po rzece ręki czy nogi ludzkiej. Na ewentualne kosztowności (pierścionki czy złote zęby) też znajdą się chętni, którzy nurkują w rzece z prochami wyławiając wartościowe przedmioty. Jak dodać do tego charakterystyczny, nieprzyjemny odór palonych zwłok i żar lejący się z nieba (40st.) to naprawdę robi się nieprzyjemnie.

W tej samej rzece co rano hindusi obmywają swoje ciało, myją zęby  piorą pranie- wszystko ma tu praktyczne zastosowanie.

5 grup ludzi nie może być spalonych:

  • dzieci,
  • kobiety w ciąży,
  • ukąszeni przez kobrę,
  • trędowaci,
  • świeci mężowie.

Ich ciała wywozi się na środek rzeki i wrzuca, z przymocowanym do nogi ciężarkiem (bambus czy kamień). Taki dziwny zwyczaj.

Niemniej jednak, Waranasi to też kilka pozytywnych aspektów- pyszne lassi w Blue Lassi, bar, w którym czułam realne zagrożenie mojego życia i mehendi, czyli tradycyjne malowanie henną- w moim przypadku była to dłoń. Upiększanie zewnętrznej części dłoni odbywało się w niewielkiej izbie- jedynej w tym lokum, a kobiecie towarzyszył mały chłopczyk, który umilał nam czas podczas czekania (a może to my jemu?). Cena za dłoń- 1000Rs (10zł).

Piwo drogie i z cukrem, a towarzystwo niezbyt ciekawe. Bar w Wanarasi.

Piwo drogie i z cukrem, a towarzystwo niezbyt ciekawe. Bar w Wanarasi.

Malowanie henną

Malowanie henną

Po malowaniu, w mieszkaniu "artystki", dzieciaczka i pewnie jeszcze kilku osób.

W mieszkaniu „artystki”, dzieciaczka i pewnie jeszcze kilku osób.

Efekt malowania.

Efekt malowania, po kilku dniach.

Tutaj rozstaliśmy się z grupą wolontariuszy, która pojechała do Nepalu (więcej o nich na stronie wAkcji). W 3 osoby pojechaliśmy na południe, z nadzieją na prawdziwie leniwe wakacje.

0

Agra w Indiach – co zobaczyć, co jeść, co tam robić?

Nocny pociąg do Agry był zdecydowanie wygodny. Leżanki miały nawet pościel, choć znacznie lepiej sprawdził się kocyk Turkish Airlines. Obudziliśmy się w Agrze, do której pojechać musi każdy, choć może nie koniecznie trzeci raz, tak jak się to mi przytrafiło.

I nie tylko miasto było to samo, hostel także niezmienny- Tourist Rest. Choć obsługa wciąż ta sama, to chyba europejczycy skrzywili smaki tubylców, bo potrawy są wybitnie niedoprawione, a „spisy” równa się ketchupowi łagodnemu z Łowicza. Tym razem przynajmniej nie było małp. Była za to imprezka na ulicy przed hostelem, na którą łatwo było się wprosić, a i biesiadnicy zaakceptowali moje towarzystwo. Choć tańce w grupie przepięknie ubranych kobiet trwały tylko kilka minut, to była to jedna z bardziej magicznych chwil, jakie pamiętam. Brakowało mi tylko sari, ale chyba nikomu to nie przeszkadzało! Poniżej filmik z rozpoczęcia pochodu i kilka nowych znajomości ;)

Symboliczne selfie na koniec wspólnej zabawy.

Symboliczne selfie na koniec wspólnej zabawy.

Kobiety i mężczyźni tańczyli na zmianę, Tańczyłam z tą pierwszą grupą, więc niestety nie udało się tego uwiecznić, ale taniec panów pokazuje poniekąd skalę energii hinduskiej :)

Fiesta to oczywiście zdarzenie przypadkowe, bo do Agry jedzie się podziwiać majestatyczny Taj Mahal (ale żeby 3 razy?!). Przed wejściem trwa bardzo szczegółowy przegląd torebek, kieszeni i nogawek. Zabierane są rzeczy niebezpieczne; nam skonfiskowano: 3 duże paczki gum Orbit i 2 batoniki wielozbożowe. Szkoda, bo to jednak sporo gum.

Do Taj Mahal poszliśmy na wschód słońca, który ostatecznie przespaliśmy na białym marmurze, w cieniu grobowca. Nocne Polaków rozmowy noc przed odbiły się głośnym echem na tym poranku; tym  bardziej bez tych gum!

IMG_6169

Przeprawa przez Taj Mahal

Nieopodal znajduje się Red Fort (oni uwielbiają jednokolorowe formy!) tam byliśmy przed zachodem, więc też było bardzo przyjemnie i niemal pusto- a to w tym przeludnionym kraju przeogromna zaleta! Bilet do obu miejsc to koszt 1050Rs (50 mniej, gdy zwiedzamy je w jednym dniu). Na zdjęciu niewiele jest tego red, ale zdarzały się też budynki z czerwonej cegły, więc wszystko jest, jak być powinno.

Widok z Red Fort na Taj Mahal.

Widok z Red Fort na Taj Mahal.

 W wolnym czasie wybraliśmy się w poszukiwaniu bazarku, gdzie moglibyśmy się zaopatrzyć w lokalne szpargały. Po 2 dniach poszukiwania okazało się, że takiego nieco turystycznego miejsca nie ma, są tylko miejsca przeznaczone na zakupy dla lokalnych. Choć niewiele można tam kupić (przeważa niskiej jakości chińszczyzna) to wrażenia są nieocenione, szczególnie dla takich włóczykijów jak my. Obfotografowaliśmy się z lokalnymi dzieciakami, wypiliśmy wodę z kokosa, zjedliśmy samosy, kupiliśmy menażkę (efekt filmu The LunchBox) i jedno z nas skorzystało z usług lokalnego fryzjera! Była brzytwa, był masaż głowy, duma usługodawcy i podziw całej ulicy!!! Programista został wpuszczony przed innych klientów, a ja traktowana byłam z najwyższymi honorami- przyniesiono mi ławkę, bym nie musiała stać. Te momenty, gdy nie ma wspólnego języka i uśmiech zastępuje wszystko!

Dzielnica z bazarkiem.

Kamienica przylegająca do salonu.

0

Różowe miasto Jaipur

Wstaliśmy bardzo wcześniej, dopakowaliśmy plecaki i dziarskim krokiem wyszliśmy z pokoju praskiego hostelu. Sprawdź datę na biletach- zasugerował Programista. No i oczywiście okazało się, że lot jest kolejnego dnia. Niezauważeni wróciliśmy do pokoju i kontynuowaliśmy spanie. Polecieliśmy dzień później.

 Lot Praga-Mumbai przerwany był przystankiem w Istambule. Kilka godzin włóczyliśmy się po niewielkim lotnisku i konwertowaliśmy krzesła na leżanki. na całej trasie Air Turkey nie popisało się zdolnościami kulinarnymi, jedzenie było gorzej niż średnie. Na domiar złego, w obu samolotach dostałam dokładnie to samo danie (wegetarianie mają ciężko). Oferta filmowa na pokładzie nie była świeża a i kiepskie słuchawki nie ułatwiały oglądania. To tyle z narzekania na tureckiego przewoźnika. Fajnie, ze doleciał.
Lądowanie w Bombaju to jeszcze nie był koniec podróży w tym dniu. Zmieniliśmy lotnisko i po kilku godzinach oglądania deszczowego miasta przez szybę- wylecieliśmy do Jaipur. Miasto jest ogromne i przeludnione (ponad 3 miliony mieszkańców!), ale warte odwiedzenia. Różowe miasto (wizytówka Jaipur) wygląda dość egzotycznie i symbolizuje szacunek oddawany ważnym osobistością, które odwiedzały miasto. Nie warto się tam jednak zatrzymywać na dłużej, ponieważ są tam znacznie wyższe podatki niż w całym Jaipur, co znacznie podnosi ceny usług i produktów.

Poza tym był jeszcze Fort i wiele świątyni. Całość zwiedzaliśmy z firmą taksówkarską Janu, który zasługuje na dużą uwagę. Facet sympatyczny i stworzony do tej roboty i niezwykle motywujący w swej prostocie. Jeżeli kiedyś będziecie odwiedzać Jaipur- warto skorzystać z jego usług. Podobną rekomendację możemy wystawić hotelikowi, w którym spaliśmy. W kuchni na dachu także łatwo się zauroczyć i rozsmakować.
Na dachu Moon Light Palace w Jaipur

Na dachu Moon Light Palace w Jaipur

Tu też spotkaliśmy słonie. Podobne doświadczenie mamy z Tajlandii, gdzie pierwszy raz uczyliśmy się słuchać i mówić do tych ogromnych zwierząt. Tych kreatur trudno jest nie uwielbiać, a z pewnością- każdy poczuje do nich respekt. Poza karmieniem i jeżdżeniem na słoniu, mieliśmy także okazję umyć go szlaufem i pomalować naturalnymi barwnikami. Całość zakończyła się kolacją w domu właściciela farmy słoni.

PS. Dotykanie brzucha słonicy w ciąży (9. miesiąc) i czucie kopniaków małego słonika- bezcenne!!!

Farma słoni w Jaipur

Zapoznawanie się ze słoniem

IMG_5793

Kawałek obrządku- element całkowicie zbędny.

IMG_5863

Mycie połączone z pojeniem.

IMG_5718

Wchodzenie po trąbie i próby zajęcia miejsca.

IMG_5771

Efekt malowania.

Tak więc, zainteresowanym polecamy Elefantastic. Całe miasto też. Jak rzadko, zwiedzanie zabytków i świątyń sprawiało mi frajdę, choć oczywiście jest tego za dużo i trzeba wybrać kilka najciekawszych, które nie zawsze są tymi najbardziej znanymi. I na koniec krótki film z karmienia:

Amer Fort

Amber Fort

IMG_5908

I kozy w Amber Fort.

IMG_5948

Wakacyjne znajomości.

IMG_6044

Świątynie Jaipur.

Tyle z Jaipur’u, skąd nocny pociąg zawiózł nas do Agry, ale to już w następnym odcinku.