0

W czwartek siedziałam do późnych godzin nocnych, nawet nie pamiętam dlaczego. Mało to rozsądne, bo rano trzeba było wstać bardzo wcześnie.

Podróż rozpoczęła się źle: wydrukowane z Worda mapy były bardzo nieczytelne, podmiejski autobus jadący do TESCO odjechał sekundę przed naszym przyjściem (co było przyczyną przyszłych komplikacji i zgrzytów w grupie). W efekcie udało się złapać pana kierowcę, który podwiózł nas kilka miejscowości dalej. Podczas tej trasy zrodził się w głowie nowy pomysł- pojechanie do Milano we Włoszech, bo tam właśnie jechał nasz miły kierowca, ale przecież nie to było naszym celem- kontynuujemy wyprawę do Belgradu.

Następnie jechałyśmy z panem Niemówiącymnic, który na koniec dał nam kupon zniżkowy do McDonalda, na zestaw (!?).
Pod Budapeszt dojechałyśmy tirem z chłopaczkiem, który po angielsku mówił tylko „party, party?” i podgłaśniał muzykę. To było nasze małe party.

Stałyśmy długo przed tabliczką „Budapeszt”, było coraz zimniej i kończyła się kolejna tabliczka czekolady. Obie zasypiałyśmy na stojąco. Obudził nas podjeżdżający radiowóz policji, upominając grzecznie, że jeżeli przejdziemy 300m tą drogą to nie będziemy już nielegalnie stały na autostradzie. Fakt, nie zauważyłyśmy.

Z panem biznesmenem mówiącym do nas po rosyjsku dojechałyśmy do jakiegoś zadupiewa. Całą drogę robiłyśmy to, czego robić w obcych samochodach nie wypada- spałyśmy. Próbowałam wszystkiego- szczypałam się w policzek, przecierałam oczy i starałam się nawet zrozumieć o czym on do mnie mówi, ale nie dałam rady- ciągle zasypiałam. Dostałyśmy kilka rad: nie wsiadać do samochodów z turecką i rumuńską rejestracją.

Pan który zabrał nas z zadupiewa docelowo jechał do Szeged- przygranicznego miasta Węgier, o którym czytałam to i tamto- ok., mała modyfikacja planu- zostajemy na noc w Szeger. Bałam się, że jeżeli nadal podróż będzie szła tak kiepsko, to możemy utknąć w jakiejś serbskiej dziurze, a węgierskie dziury są mi póki co bardziej znane.

Miasto ok., choć bez większych rewelacji. Bardzo studenckie, porównywane do mojego Veszprem, ale tej wiosce do Szeger bardzo dużo brakuje. Wszystkie akademiki były pełne więc mroźną noc spędziłyśmy w całodobowej jadłodajni studenckiej. Niesamowite przeżycie- polecam- szczególnie mina pani kelnerki kiedy po 5 godzinach zmieniłyśmy stolik, żeby ona mogła rozłożyć sztućce na śniadanie. Jej nadzieja, że już wychodzimy prysła jak bańka mydlana.

Trochę się rozjaśniło. Po ciepłym rogaliku w TESCO (wiecie jakie to wspaniałe doświadczenie być pierwszym klientem?!  ) dojechałyśmy na granicę z panią prowadzącą biznes paprykowy, a nawet muzeum papryki! Przemiła kobieta (była w Polsce na stopa), dowiozła nas na przejście graniczne, miło, że pracowała kawałek wcześniej. W ogóle często jest tak, że kierowcy wspominają nam, że w przeszłości sami jeździli stopem.

I tu się kończy przygoda Węgierska, jutro opiszę wrażenia serbskie.

Powiązane artykuły

Heviz   Tydzień uczelniany zakończył się w czwartek. Z 3 minionych egzaminów, wyniki znane są z jednego- nie zaliczyłam. Bywa.  Czwartek spędziłam w doborowym towarzystwie- z samą sobą. Brakowało mi t...
Belgrad Na granicy było bardzo mroźno- cóż, przecież było przed 8 rano. Wszystko było we mgle, nie było widać nadjeżdżających samochodów. No dobra- prawda jest taka, że nic nie jechało, a bynajmniej niewiele....
Ibiza Po baardzo długim czasie, należy choć przez chwilkę powspominać Ibizę. Jedno z najładniejszych miejsc, w jakim byłam. o ile nie najładniejsze. Nie wiem jak wyspa wygląda w czasie sezonu, ale ch...
Pawi park W końcu coś się dzieje, chociaż próbuje. W tym tygodniu zostaliśmy zaproszeni na prawie- polski wieczór. Okazało się, że koleżanka z pracy (Niemiecka Nambijka, albo Nambijska Niemka, do końca nie w...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *